godz: 17:31 data: 2012.04.10
:)

I w końcu wiosna. Good.

Komentuj(0)


godz: 11:06 data: 2012.01.1
New Year :)

Proszę wybaczyć, ale powtórzę za moim nowym starym blogiem :)

Henryk Górecki w głośnikach. Ja napawam się dźwiękiem i ostrym światłem Nowego Roku. Dziś słońce... Dużo słońca, biorąc pod uwagę ostatnie dni. Ten sylwester miał być cudowny. Długo wyczekiwany. Pełen radości i nadziei. Miał być wyjątkiem samym w sobie. Nic z niego nie wyszło, a mi pozostaje się cieszyć, że uratował mnie mój przyszywany brat. Kocham go za to, jak zresztą za wiele innych rzeczy. Czyli w sumie jednak... Sylwester był udany. Do domu wróciłem o 5.00, a usnąłem przed szóstą. Wstałem o 9.00 - Już nie chce mi się spać.

Jedna rozmowa o północy... Po północy, w sumie nieopodal pierwszej w nocy... Zadziwiła mnie. Nie rozumiem, jak można spalić most za sobą, a potem przeprawiać się z powrotem na drugą stronę i proponować odbudowę... Ale najwyraźniej można, a ja najwyraźniej kocham, bo zamiast ten telefon olać, to odebrałem... I mimo, że wyrzuciłem z siebie wszystko to, co czułem od przedwczoraj do wczoraj północy, to jednak rozmawiałem. Mimo postanowienia, że tego nie zrobię...

Zostało kilkanaście godzin. Boję się, bo to są godziny, które zdecydują o wszystkim... Ale to jest Nowy Rok. I ostr

Komentuj(0)


godz: 14:48 data: 2011.12.1
Hej.

I tak to jest. żyję. jak na razie :)

Komentuj(0)


godz: 09:22 data: 2011.05.21
Czas jest względny

Dokładnie. Czas jest względny. Jak to pisał Golding w "Siła bezwladu" nie dw sie układać czasu niby rząd cegieł ... I takie własnie są jego właściwości. Raz biegnie szybciej a raz zwalnia. Moj czas, ten dobry i złoty czas, stał sie przeszłością, ale wierze i czuje nawet, ze nadejdzie taki nowy czas, w którym będzie można jeszcze sie śmiać, w którym będzie można kochać i calowac nieprzytomnie :) Bo to chyba siedzi wewnątrz nas. I od nas samych jest zależne. Jak sie czujemy, czego pragniemy, i czy jesteśmy w stanie kochać. Własnie. :)

Dobrych dni.

Komentuj(1)


godz: 18:07 data: 2010.11.24
:)

Z uśmiechem na twarzy powiem: żyję. Niosąc wewnątrz siebie smutek przeogromny. Cóż...

Komentuj(0)


godz: 09:51 data: 2010.08.15
Hej.

Piszę z centrum Wrocławia. Uśmiechnięty. Pełen energii. I jakiś taki - odmieniony. Co samo w sobie jest dla mnie wyjątkiem, ale i stanem, do którego dążyłem. Żyję więc, szczęśliwy, i mam się dobrze. :)

Komentuj(3)


godz: 20:38 data: 2010.03.18
hmmm

Zamyślam się ostatnio. I sam nie wiem, nad czym. Przepadłem i ukryłem się w sobie samym. Chyba nie nadaję się już do życia wśród ludzi. A może to ludzie przestali rozumieć mnie?.....

Nie wiem. Smutno. Jakoś... :(((

Komentuj(0)


godz: 19:24 data: 2009.12.29
Hmm...

Była kiedyś taka wielka magia, która nazywała się świętami. Piszę: była, bo jakoś ostatnimi czasy (czyli tak około i plus minus od lat czterech) magia ta zmarła. Jakoś tak naturalnie i sama od siebie. Dlaczego – nie wiem…
Może po prostu fakt, że lata upływają? Że w mikołaja już nie wierzę, bo jedynym dla siebie mikołajem jestem ja sam?... Zabawne, w zasadzie.
Boję się obejrzeć za siebie. Nie dlatego, że tam coś strasznego. Chyba dlatego, że to, co byłe, wolę już pozostawić w takim stanie, w jakim to zostało. Że niby trzeba żyć dniem dzisiejszym – ale po co? Że niby patrzeć w przyszłość – ale: dla kogo?
Pośród skrawków radości, takich jak ta niedzielna, brakuje mi już takiego stanu wewnętrznego, dzięki któremu iść do przodu było czymś realnym. Prawdziwym. Wyczekiwanym…
Boję się że nie uda mi się zakochać tak, by i ktoś mnie pokochał. Bo jak do tej pory kochałem sam. A ten jeden, który mnie pokochał (tylko czy na pewno?) i tak nie był dla mnie.
I tak nie odwracam się za siebie, bo widok życia w proszku nie jest dobrym widokiem. Nie jest tym, co by się chciało za sobą oglądać.

Komentuj(4)


godz: 21:19 data: 2009.11.6
archiwum takie 2007

Jedna z moich ukochanych. Notek. Z innego bloga, który już nie bardzo żyje :) Proszę:

2007-08-09 A teraz noc, i ja, i kawa... I live box...

No tak… I kto by w ogóle pomyślał, że ten dzień tak się zakończy szalenie? Nikt pewnie… W ogóle, to się już wczoraj zaczęło… Niestety… Pierwsze co – to burza. Niby nic strasznego, taka burza, no ale jak całe moje życie czegoś takiego nie było, to w końcu nastąpiło – trzasnęło tak głośno, gdzieś metr za moim oknem, że mój pies zrobił się z czarnego biały, wpadł pod biurko, i jeszcze na dokładkę poczułem, że mi mokro w stopy… Nic to, bo najgorsze miało się okazać po chwili – w prawym dolnym rogu pulpitu połączenie bezprzewodowe zaczęło się ślicznie czerwienić tym znienawidzonym iXem… Pobiegłem do live box’a – i cóż widzę… Ciemny. Czarny. Nieżywy po prostu. No to oczywiście telefon (jakim cudem mi przeżył telefon, to nie wiem… wybaczcie, nie wiem) no i dzwonię na infolinię techniczną… Pan technik kazał mi robić z live box’em takie rzeczy, że do teraz mi głupio… No nieważne, bo po trzydziestu minutach robienia dziwnych rzeczy pan stworzył zamówienie dotyczące wymiany urządzenia. No to telefon (komórka tym razem, też żywa) do Szmerusia. No i Szmeruś był u mnie, wsiadłem z nim (i zapakowanym live box’em) do samochodu, no i kierunek Katowice-Centrum. Długo się jazdą nie nacieszyliśmy, bo zaraz za Giszem korek na sto kilometrów… Jak zawsze – trochę burzy i miasto pływa… No to w dół na Górnośląską, potem za Załężem, przy Silesii… I znowu korek od wjazdu do tunelu aż po rondo… Tragedia. Wreszcie zaparkowaliśmy w podziemiach Altusa, winda się nam zacięła, wszystko na odwrót, niż miało być… No ale dobiegłem do telepunktu, jeszcze przed osiemnastą… I pani z rozbrajającym uśmiechem poinformowała mnie, że… Jeśli chcę live boxa, to mogę sobie przyjechać w piątek, bo ona już nic nie ma na stanie… Tylko z czystego zaskoczenia nie życzyłem jej niczego złego, wróciłem pod Altusa, pojechaliśmy… Znowu po trzydziestu minutach, bo czytnik rachunków się popsuł, pan w budce przy wyjeździe sobie „zaraz wracał”, a jak wrócił, to jeszcze trochę czasu minęło, zanim wydrukował nowy bilecik i się wreszcie szlaban podniósł… Wróciliśmy na Giszowiec, zdążyłem się odświeżyć, i Szmeruś wrócił – jechaliśmy do telepunktu do Silesii… Pani w telepunkcie kazała mi się podpisać „nieczytelnie” – bo przecież usługa jest nie na mnie. I jeszcze jak na deser, z odebranego spalonego live box’a wypadł sobie – jak gdyby nigdy nic – klocek lego od mojego siostrzeńca… Pani tak sobie na mnie patrzy i mi mówi: „To to akurat chyba jest Twoje…”. No to ja na to, że pewnie tak… Tomcio mnie potem zawiózł już do siostry na Ligotę do pracy, i potem z siostrą wracałem busem do domku. No i na dworcu w Kato… Ojej… w głowie mi się zakręciło, bo taki śliczny ktoś sobie stał i czekał na autobus… I jeszcze jak ten ktoś wsiadł w ten, co my autobus… To ja już miałem po prostu raj… No, prawie, bo jak już dzień ma być do niczego, no to aż do samego końca, prawda? Śliczny ktoś usiadł nie tak jak trzeba, bo go zasłaniała deska dla inwalidów (jakieś dziwne oparcie, wysokie na metr pięćdziesiąt, nie wiem po co to, i jakie cele spełnia w autobusie…), no a jak już się zdołałem wygiąć jak tor rollercostera, żeby dobrze widzieć KTOSIA, to akurat sobie grupa jakichś panów jadących do pracy wsiadła i mi widok przepadł… Ech, życie, no ale tego kogoś widziałem już w sobotę, jak z Pawełkiem robiliśmy „objazd piwny” od Rybaczówki, poprzez Rafałka, na Legalu kończąc… Czyli że jednak moje osiedle… Nie jest źle…
No ale nie o tym chciałem, a się rozpisałem. Dziś rano live box’a zamontowałem nowego, kochany net już jest… A ja po prostu się przeraziłem… Bo bez netu jestem jak ślepy, jak bez wody ryba i jak kaczka bez afer… Ech… Jednak net to jest cud. Sam w sobie. I kontakt ze światem. I z tej okazji powstał dziś blog. Właśnie ten. NO… Wczoraj, w sumie. Bo chciałem wejść sobie na czaterię, tak na chwilę, popatrzeć, czy cokolwiek tam się dzieje ciekawego – w końcu net już był, to trzeba to świętować. No ale mój Nick był nie taki jak trzeba, zmieniłem go, potwierdziłem dostęp do wszystkich usług… I patrzę: blog. No to mimo tego, że mam już bloga, to założyłem interiowego. Właśnie z okazji… Sam nie wiem. Pewnie tak po prostu. Więc jestem, i dobrze mi z tym.
A teraz już noc, krążę po innych blogach, głowa mi już spuchła, staram się coś zjeść, ale mi to nie wychodzi, zrobiłem gruntowne porządki w pokoju, o 23.30 był u mnie Eduśny, zapalić, no i przekazał mi nowość – kupił sobie owczarka. Genialnie.
Nie mam siły, idę spać, proszę wybaczyć. Dość wrażeń od wczoraj, czy raczej przedwczoraj. Jak się wyśpię i nabiorę ochoty do samego siebie, to pewnie coś o sobie właśnie napiszę. Ale to już za pewną ilość godzin.
Dobrych dni. Godzin. Minut.

Komentuj(0)


godz: 20:58 data: 2009.11.6
ech...

Dokładnie. Ech... Przynajmniej po pracy spotkałem się z dwoma wyjątkowymi ludźmi i na zimnie przegadaliśmy 30 ponad minut... I cóż. Te najdawniejsze znajomości i przyjaźnie zawsze okazują się być tymi najlepszymi.

Na razie mam pustkę w sobie. Ale coś tam kiełkuje. Rośnie. Budzi się.

To już coś.

Komentuj(0)


godz: 17:26 data: 2009.06.30
hej

Jestem, jestem, nie umieram, nie uciekam. odezwę się. bo trzeba :)

Komentuj(0)


godz: 21:45 data: 2008.10.20
hoho

jakoś jestem. i na razie tyle. brrrrr

Komentuj(0)


godz: 23:11 data: 2008.08.18
Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś...

Światło latarń i stukot doroźkowych kół. Nie na bruku, a na asfalcie. Końskie kopyta pośród zwyczajnej, krakowskiej nocy. Byłbym w stanie to kiedyś zrozumieć? Czy wyśniłbym taki scenariusz, kiedykolwiek?

Nie. Wspólny obiad. Spacer pośród kamienic i szyn tramwajowych. Tajemnicze, pomarańczowe światło pod mostami kolejowymi, będące niczym więcej jak tylko światłem, ale tak ważne… Deszcz i krople kałuży. Zakupy. Wieczorny telefon (tęsknię, ale czasami lepiej samą tęsknotę schować głęboko do kieszeni, gdzieś między krakowsko-katowickie bilety, paragony, drobne i małą karteczkę z wypisanymi pociągami przyjeżdżającymi do i odjeżdżającymi z Krakowa). Poranny telefon. Dzień dobry, pora wstać (jak w kalejdoskopie, chociaż przecież tak inaczej, nakłada mi się ten wyjątkowy zaspany głos, głos, dzięki któremu jestem, uśmiecham się. Nic wielkiego, a przecież to wszystko, co mam). Stukot obcasów na schodach. Chrzęst i zgrzyt kluczy w zamkach. Tak, to właśnie tutaj jest ów maleńki świat, świat właściwy. Nawet nocna rozmowa, kiedy serce uciekło gdzieś daleko, pozostał niespokojny oddech i świadomość. Świadomość tego, że nie zawsze można myśleć i czynić tak, żeby mogło to zostać właściwie odebrane. I pytanie – jak więc czynić, aby czynić dobrze?

Odpowiedź przyszła dzisiaj. Nic nie czynić. „Dobrze” samo nadejdzie. „Dobrze” już w zasadzie nadeszło. Zagubiłem się we własnych pytaniach i braku odpowiedzi. A czasami wystarczy zamknąć oczy i słuchać. Czasami wystarczy dotknąć. Poczuć zapach. Uśmiechnąć się, nawet jeśli nie na zewnątrz, to gdzieś wewnątrz siebie. Czasami wystarczy być. Być nie samotnie.

Chłód zapewne potrafi być wysublimowany. Potrafi być też wystudiowany. Co więcej, potrafi być urojony. Czy mam już urojenia? Czy jest tak, że nie widzę tego, co powinienem widzieć, jednocześnie widząc zbyt wiele?

Jestem tak naprawdę niedoświadczonym człowiekiem. Nie ma w tym mojej winy raczej, i trudno mi zrozumieć pewne rzeczy, chociaż bardzo się staram. Przyglądam się temu, co buduję już nie sam. I to, co powstało, podoba mi się. Nie mogę przewidzieć, w jakim kierunku będzie postępowała budowa, nie jestem w stanie założyć, czy ona się kiedykolwiek skończy, czy też może zawali się przez przypadek nawet. Na razie budowa postępuje. A ja mimo braku doświadczenia, staram się jak mogę. To jedyne, co mi pozostaje.

Czasami konflikt jest sprawą niezgodności koncepcji wśród architektów i wykonawców. Czasami też noc jest lepsza niż jakiekolwiek mediacje. Można usnąć w końcu, czując tuż obok siebie oddech. I czując na powrót serce, które przysiada sobie na ramieniu, jakby bało się jeszcze wrócić do mego wnętrza, jakby bało się, że znowu będzie musiało stamtąd uciekać.

Czasami też trudno uwierzyć w to, co jest. Mimo tego, że to posiada w sobie tyle piękna. I tyle poświęcenia. Pozostaje się uśmiechnąć. To wystarczy. Blask latarń. Stukot końskich kopyt za oknem. Szmer deszczu, odwiedzającego parapet. I szmer oddechu, który zdradza, że ktoś śpi tuż obok…

Komentuj(2)


godz: 19:54 data: 2008.08.4
Fire on Babylon




Dokładnie. Fire on Babylon.


Nic już chyba nie jest i nie będzie takie jak dawniej. Dobrze to czy źle? Nie wiem. Nie mnie oceniać. Fire ma to do siebie, że się go gasi wodą, a woda chłodzi, czy się tego chce, czy nie....

Pozdrawiam. A-a.

Komentuj(1)


godz: 00:36 data: 2008.07.27
1 maj, cz. III.

Zimno i lśniąca tarcza księżyca – to pamiętam na pewno. Pamiętam jeszcze, że woda w stawie odbijała światło latarń. Promieniście, zgodnie z podmuchami wiatru. Szelest liści – delikatny, usypiający, choć wcale nie potrafiłem zasnąć. Odgłosy samochodów, jadących gdzieś nocą gdzieś poza lasem. Jest jeszcze jedna rzecz, którą pamiętam, rzecz, która z kogoś, kto był moim oparciem i wzorem, uczyniła potwora. Na tamten czas oczywiście, dzisiaj jest inaczej, chociaż przecież i tak nie mogę tej osoby tłumaczyć z tego, co zrobiła tuż obok mnie.
Jest też coś, czego nigdy nie chciałem pamiętać. Coś, co na zawsze najchętniej usunąłbym z wewnątrz mnie. Ale to niemożliwe. Nic więcej na ten temat napisać nie potrafię. Nie mogę.
Może tylko tyle, że – mimo, iż to jest zabawne – to była noc cudów. Jeśli siedmiolatek biegnie po autostradzie w środku nocy, i nie zabija go żaden z rozpędzonych samochodów, to jest to cud. Jeśli siedmiolatek ma przed oczyma obrazy, których nie powinni mieć nawet dorośli, a jednak jest w stanie żyć do dzisiaj, to także jest to cud. Jeśli potrafię się uśmiechać, mimo wszystko, to kolejny cud, który się wydarzył tamtej nocy.
Jestem cudem. Do dzisiaj. I chociaż graniczy to z absurdem, to cieszę się, że ta noc miała miejsce. Wyjątkowa. Zła, a mimo to pełna cudów. Dzisiaj już wiem, że jeśli zmierza się w określonym kierunku, to czyni się to albo dlatego, że się chce, albo… Albo nie czyni się tego wcale. Gdyby tylko wszyscy potrafili to zrozumieć… Byłoby o wiele prościej, można by się uśmiechać częściej, niż jest to nam dane.
Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 03:04 data: 2008.06.4
1 maj 1987. cz. II

Z perspektywy tych wszystkich lat, jakie minęły, mogę z całą pewnością stwierdzić, że miałem ogromne szczęście. Tak, to było zdecydowanie to – szczęście właśnie. Nic innego. Ani nic ponad to, ani też niewiele mniej. Szczęście – banał używany tylko po to, by wzmocnić jakiś efekt, znaczenie innego słowa. Ale było tym w istocie. Ciężka i toporna dłoń obudziła zwierzę. W sumie to małe i zalęknione zwierzątko, które jak gdyby zerwało się z uwięzi strachu i doszło do wniosku, że nadszedł czas na działanie, bowiem – gdyby tak nie było, gdyby działanie nie stało się faktem – to już nawet nie byłoby osoby piszącej te słowa…



Maleńkie, młode zwierzę zerwało się z miejsca. Nawet nie było czasu na krzyk. Był czas na to tylko, by uciekać. Przecież drzwi były blisko. W zasięgu wzroku, w zasięgu dłoni. Były jasną plamą w czarnej części świata, tak czarnej i brudnej, że żadne dziecko nawet nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiej części w ogóle. Chyba, że się jest siedmiolatkiem, którego los zaprowadził w takie właśnie, czarne i śliskie od tajemnicy, miejsce…



Pamiętam chłód nocy. Bo przecież była już noc, stała się prawdą. Pamiętam ciężki, sapiący oddech za moimi plecami, uderzenia topornych, ciężkich, obcych stóp na leśnej ściółce. Pamiętam też słowa, w zasadzie to czułem to tak, jakby właśnie sam głos mnie gonił, a nie ktoś, kto był potworem większym niż te słowa. Wokoło kołysały się drzewa i gwiazdy, a świerszcz i komary zamilkły w jednej chwili, nasłuchując. Wokoło stało się pusto i niebezpiecznie, bo oddech, i tupot, i (przede wszystkim) głos – były coraz bliżej. Wokoło stawała się rozpacz, bo czułem, że tracę siły, mięśnie nóg paliły jak ogień, a moje gardło, pozbawione wilgoci, stawało się pustynią pełną gorącego i ostrego piachu. Wokoło było nic, i to nic potworne, bo nie byłem w stanie zlokalizować torów – a przecież tylko one mogły wskazać kierunek ucieczki. Wokoło był głos. Zimny. Pragnący.



„Stój” – wołało. „Możemy się zabawić”.



Uderzenie nie było czymś, co zabolało od razu. Najpierw dotarła do mnie świadomość samego uderzenia. Później – przewracając się – pomyślałem, że to nie może być prawda, że na pewno nie wyjechałem dziś z siostrą i ojcem nigdzie, że śpię, i pewnie za chwilę się obudzę. Potem nastała cisza. Cisza – po raz pierwszy tej nocy – prawdziwa.



Kiedy otworzyłem oczy, przez pierwszą chwilę naprawdę wydawało mi się, że jestem w łóżku. Bezpieczny. Ze znamieniem pocałunku na czole, z Aniołem Stróżem, którym był miś pluszowy, zatopiony w fali poduszki. Ale to była chwila maleńka, niewiele znacząca. Gwiazdy nad moją głową zdradziły mi, gdzie jestem. I ryk potwora.



Podniosłem się powoli, i spojrzałem przed siebie. Klęczałem, podpierając się drżącymi rękoma, i starałem się zrozumieć, o co chodzi. Prawa stopa bolała mnie niesamowicie, i w jednej chwili zrozumiałem. Potknąłem się o szynę i osunąłem wzdłuż torów. Rozejrzałem się wokoło. Potwór ryczał coraz głośniej, ale nie wiedziałem, z której nadciąga strony. Dopiero jego potężne oko, wyłaniające się zza łukowatego pagórka, zdradziło mi, że znajduję się poniżej jego zasięgu. A jednak z powrotem opadłem na trawę i paprocie, wtuliłem się w nie, starałem się być kameleonem. Oby bliżej ziemi, oby paprocie zasłoniły jak najwięcej mnie. Modliłem się w ciemność powiek, w kierunku wirujących pod nimi kolorowych kół, żeby sztuczka się udała, żebym mógł stać się kameleonem. Potwór na szynach budził we mnie lęk, ale poza nim był tu gdzieś jeszcze kolejny potwór. Taki, którego nie pętały szyny…



Kiedy huk i zgrzyt oddaliły się na tyle bezpiecznie, że już nie mogły mnie w żaden sposób oświetlić i zdradzić moją tutaj obecność, otworzyłem oczy i podniosłem się powoli na jednej ręce. Nasłuchiwałem. Nastała cisza była dla mnie balsamem i przekleństwem. Podświadomie pragnąłem usłyszeć cokolwiek, jakiś szmer, ruch, który by zdradził mi, że to coś się oddala. Lecz cisza trwała w swej bezlitosnej radości. Po czasie, będącym dla mnie wiecznością, a który realnie trwał zapewne kilkanaście minut, postanowiłem działać. Wstałem powoli i rozejrzałem się wokoło. Nic ponad ciemność i odrobinę gwiazd, patrzących na mnie zimno spomiędzy napływających chmur. Księżyc przepadł, ukryty za ich zasłoną. Wiedziałem, że muszę ruszyć z miejsca, ale nie bardzo wiedziałem, w jakim kierunku. Wybrałem na oślep – i, jak się okazało, wybrałem dobrze. Po kilku minutach dostrzegłem światła latarń. Dotarł do mnie też dźwięk rozmów i zapach jedzenia. Biegłem coraz szybciej, aż wreszcie znalazłem się z powrotem między ludźmi. Usiadłem na pustej ławce, uspokajając oddech. Byłem szczęśliwy, bo już byłem bezpieczny.



I znowu w swej dziecięcej naiwności nie brałem pod uwagę tego, że po prostu się mylę…



Komentuj(0)


godz: 00:33 data: 2008.06.4
1 maj 1987. cz. I

Słońce to już tylko lekko krwista, malutka plamka na ciemnym niebie. Czuć chłód, zbliżający się od stawów, czuć zapach wilgoci osiadającej wokoło jak delikatny, lepki całun. Wokoło rozmowy. Zapach piwa i zapomnianego już jedzenia, które przypala się na ceglanym grillu. Wokoło ludzie – zupełnie nieznani, obcy, DOROŚLI… Wokoło również poczucie lekkiego zagubienia, bo coś się zmieniło, coś jest nie tak, jak być powinno. Wieczorny wiatr nie jest przyjemny, przeszywa chłodem. Przynosi zapachy, których nie chcę, nie potrafię nawet czuć. Idę powoli po zarośniętym drzewami pagórku, i wsłuchuję się w coraz wyraźniejsze odgłosy lasu. Samotny świerszcz i wszechobecne komary toczą wojnę na dźwięki. Szelest liści wie, że nie zagłuszy tej dziwnej rywalizacji. A wiatr? Potęguje ją, roznosząc dźwięki w wielu na raz kierunkach.



Dociera tutaj niewiele światła. Latarnie już zniknęły z pola widzenia, przestały być częścią krajobrazu. Ostry, jakby wycięty z papieru księżyc nie jest w stanie przebić się przez gęstwinę liści. W głębi lasu mruczy potwór. Jego oddech jest coraz wyraźniejszy. Nie zbliża się, a pędzi ze zgrzytem i świstem po torach przecinających wzniesienie. Jego pojedyncze, ogromne oko staje się coraz większe. W końcu przy towarzystwie huku i iskier tryskających spod kół, potwór mija mnie – chwila ta odbiera oddech, a ja w niemej fascynacji przyglądam się mijającym mnie kolejnym członom potwora. Kiedy huk i zgrzyt oddalają się na bezpieczną odległość, przechodzę przez tory i brnę w wilgotnych paprociach wyżej. Byle jak najdalej. Byle do światła. Byle już nie tutaj, gdzie huk i zgrzyt zawsze mogą stać się realną obecnością z powodu istnienia torów.



Samotny budynek wyłania się tak niespodziewanie, że nie jestem w stanie przez chwilę w ogóle uwierzyć w jego istnienie. Kiedy jednak dociera do mnie, że spękane mury i pozbawione szyb okna są prawdziwe, podchodzę bliżej. Nie ma tu świerszcza. Nie ma komarów. Nie ma zgrzytu i huku. Jest cisza. W dziecięcej naiwności ufam ciszy, gdyż jej pojęcie przed burzą nie istnieje jeszcze w moim słowniku i mojej świadomości. Ostre i nienaturalne kamyki chrupią pod adidasami, a na skórze łydek pozostają wilgotne ślady paproci, które delikatnie pieszczą moją skórę, gdy zbliżam się do drzwi, będących pustym, prostokątnym otworem. Cisza nasila się, coraz głośniej wibruje w tym miejscu, którego przecież nie powinno być. I nawet mnie nie powinno tutaj być w ogóle, ale zrządzenie głupiego i pozbawionego skrupułów losu zaprowadziło mnie właśnie w to miejsce.



Budynek połyka mnie w całości, kiedy mijam obłupany i obrośnięty mchem prostokąt drzwi.



Jest wilgotno i pachnie intensywnie pot. Jakaś niewidzialna ręka drapie rytmicznie w ścianę. Którą? Nie wiem, jest za ciemno. Tuż za mną słyszę chrapliwy, przerywany oddech, który mija mnie zaledwie na wyciągnięcie dłoni i oddala się w oleistej czerni ciemności. Dopiero wtedy strach powoli wślizguje się do mojego ciała i uświadamiam sobie, że nie powinno mnie tu być. Siedmioletni chłopcy o tej porze powinni spać w bezpiecznych łóżkach, ściskając pluszowego misia albo nosząc na czole wspomnienie wieczornego pocałunku na dobranoc, złożonego tam przez mamę.



Czy byłem tego świadomy? Zupełnie nie. Uświadomiłem sobie to o wiele lat za późno.



A tymczasem idę powoli przed siebie, z dłońmi wysuniętymi i niepewnymi tego, czego dotkną. Nad głową słyszę cichy, monotonny stukot. To nie potwór na szynach. Brzmi, jak ubijane niedzielnym porankiem mięso na kotlety. Zastanawiam się, kto w ogóle może w tym miejscu przygotowywać nocą obiad. I w siedmioletniej świadomości dochodzę do strasznego wniosku – że cokolwiek nie działoby się nad moją głową, ktokolwiek nie stukałby czymkolwiek, to niestety z obiadem nie ma to nic wspólnego. Mój oddech staje w jednej chwili, w tej samej, w której jednak decyduję się odwrócić w przeciwnym kierunku. Do wyjścia.



Tylko, że zupełnie nie wiem, gdzie to wyjście jest. Stąpam po podłodze, na której leży gruz i coś jeszcze. Coś miękkiego i śliskiego. Nie mam pojęcia, co to, ale nie mam w ogóle zamiaru tego sprawdzać. Pragnę jedynie dotrzeć do wyjścia. Wiem już, że zostałem okłamany, a cisza i poczucie bezpieczeństwa wcale nimi nie były. Stukot nad moją głową ustaje, ale nawet nie dociera to do mojej świadomości. Teraz słyszę jedynie krew, pulsującą tuż za uszami. Wilgoć paproci na moich łydkach zastąpiła gęsia skórka. Idę przez ciemność, która pełna jest tajemnicy, i w chwili, kiedy zauważam w końcu upragnione i dające wolność od tego miejsca drzwi, czuję, jak na moje ramię spływa ciężka i toporna dłoń…

Komentuj(0)


godz: 13:57 data: 2008.05.30
Szczęście :) :)

Znowu długo milczałem. Ale cóż. Tak to się czasami dzieje. Bo pochłonięcie sprawami codziennymi (czytaj: fascynującymi) tak się objawia. I nic na to się nie poradzi. Po prostu.
Ale siedzę. I myślę… Jak to cholera jest… Bo jak się ma w sobie sporą ilość szczęścia, to się nagle okazuje, że nikomu to nie pasuje. Taka jakaś właściwość prześmieszna u ludzi się uaktywnia nagle. Kiedy było źle, kiedy po prostu nie potrafiłem sobie poradzić sam ze sobą, to wszyscy dzwonili, pytali: co tam, ojej, znowu źle? Zupełnie, jakby im to sprawiało radość. A kiedy już jest sporo uśmiechu, i to takiego, który tylko ja zrozumiem (no, może jeszcze ktoś, ale to już nie stanowi czegoś, co można upublicznić), no więc – kiedy mam uśmiech i radość, i na pytanie: co tam, znowu… - odpowiadam: Doskonale, uśmiech i radość w moim życiu, i cudownie i kolorowo, i jakoś o niczym nie myślę, i poddaję się chwili… To co się okazuje? No?
Że generalna większość ludzi zniknęła z pola widzenia i odnalezienia. Co nasuwa jasny wniosek, że jak się chce mieć znajomych duuuużo, to trzeba być nieszczęśliwym, smutnym i niespełnionym, bo wtedy ludzie do nas lgną, co by sobie poudawali, że im jest nas szkoda tak bardzo, a zaraz potem budują sobie własne wartości, że oni są the best, bo nie mają tak jak my. Bo wystarczy mieć uśmiech i radość, i wszyscy uciekną, bo ludzie nie potrafią po pierwsze cieszyć się cudzym szczęściem (zasadniczo, oczywiście, bo nie wszyscy), no a po 2 – nie mieści się ludziom w głowach, że skoro zbudowali sobie teorię jakiegoś własnego szczęścia, to ktoś może mieć wyższe… A jednak.


Ja mam na pewno komu dziękować. I wiem, i czuję, że mimo braku formalności, jest coś, co jest wyjątkowe. Co daje uśmiech. I szczęście. I radość. I tęsknotę przede wszystkim, a co za tym idzie – wiele kolejnych szczęść.


Kolorowych dni. Andrea.


width="120">

Komentuj(2)


godz: 00:15 data: 2008.04.30
Poranek :)

Można powiedzieć sobie dość. Ale po co? Można też nawet nie myśleć, by mówić cokolwiek. Ja właśnie nie myślę. Nie jest to mi do niczego konieczne. Miałem dziś taki jakiś stan wyjątkowy, zaspany byłem, niewyspany, bo nie spałem, i szedłem sobie raniutko o szóstej po papierosy i po chlebek mój ukochany cebulowy, i słońce już świeciło, i nogi mnie same niosły, i nawet nie byłem w stanie zrozumieć, jak to się stało, że tak krótki czas spowodował, że ze smutku można się było przenieść w uśmiech właśnie. Konwersacja trzydziestominutowa z panią w kiosku zdradziła, że jednak jeszcze można znaleźć ludzką nić porozumienia i sympatię bez zobowiązań. Poczucie absolutnej wolności, jakby nie istniał czas…


Poranne śniadanie w zalanym słońcem ogrodzie. Psiak radosny biega sobie, i tuli się do stóp. Nawet owady nie irytują, same sobie gdzieś latają, nie przeszkadzają. Kawa lekko paruje a papieros kusi, jak zawsze. I tylko zamknąć oczy i myśleć. A nawet nie myśleć wcale. Nie trzeba. Wystarczy przyjąć to, co się dostaje, i tak to pozostawić. Bo przecież zachwyt buduje się sam w sobie. Bo odkrycie pozawerbalnej nici porozumienia, budowanej taką samą przeszłością, znaczy olśnienie.


Nie otwieram więc oczu. Sięgam po kawę i zatapiam się w smaku kawowego pocałunku, który jest tak dwuznaczny i tak bardzo przepełniony wspomnieniami…

Komentuj(0)


godz: 07:22 data: 2008.04.29
^ - ^

Wiatr we włosach. Uśmiech na twarzy. Zupełnie jak w prostym zdaniu – zjadłem jajecznicę, wypiłem kawę, jestem szczęśliwy. Bo przecież tak jest. Bo przecież poczucie absolutnej wolności i ograniczenie wstrętnych i niepotrzebnych formalizmów do niezbędnego minimum jest rajem. Rajem jest zamknąć oczy i wspominać. Bo są rzeczy, które będą trwać. Właśnie gdzieś pod powiekami. Gdzieś w środku, łącząc myślenie z wiedzeniem.


To nie są żadne różowe okulary. To nie jakieś tam motylki, czy pszczółki czy cokolwiek jeszcze tam się wymyśla. Jest radość i spełnienie. Jest porozumienie i zrozumienie. Jest nawet czasami nić zazdrości, ale przecież i bez niej nie ma żadnej misternej konstrukcji czegokolwiek. Obawa jest, i zastanowienie – czy ktoś się uśmiecha. Czy mruży oczy pijąc kawę. Czy krzywi się lekko, kiedy dym z papierosa w złym kierunku popłynie.


Daleko poza sobą stanąłem i patrzę. I jest uśmiech w tym patrzeniu. I jest bezchmurne niebo. Nie ma obaw, bo nie ma obietnic. Nie ma strachu, bo nie ma wymagań.


Przymknięcie powiek. Westchnienie. Śniadanie z kawą. Papieros z dymem. Muzyka z głośników.


Są rzeczy, które rozumie się we dwoje. A które czyni się indywidualnie. W tym tkwi cała tajemnica świata. I w tym tkwi cud – tak samo wielki, jak głębia sennych oczu.


Dotyk. Uśmiech. Świadomość. Istnienie. Zrozumienie? – Też.


Jak niewiele wystarczy do zbudowania maleńkiego domku zwanego sympatią…


Pozdrawiam cieplutko. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 03:18 data: 2008.04.18
anything...

Cóż jest przeznaczeniem? – pytanie zadane w ciszy. Przeznaczeniem jest być tu i teraz, o tym czasie, w tym właśnie miejscu. Kończyć kawę, siedzieć i rozmyślać, nie bardzo przejmując się rozpoczętą i nie dokończoną pracą. Word jest cierpliwy, poczeka. Przeznaczeniem jest mieć te a nie inne wspomnienia, które tapetują każde zamknięcie powiek, każdy uśmiech na twarzy i tę nutę nostalgii, pobrzmiewającą w tym, co już stało się przeszłością. Przeznaczeniem jest móc pielęgnować dotyk czyichś ust na moim ciele, ust spragnionych, spragnionych nie tylko wzajemności, ale i poznania. Przeznaczeniem jest dym papierosa, dający więcej, niżby się nawet zapragnęło, bo dualistycznie przypominający o zeszłych zachwytach. Przeznaczeniem jest widzieć papierosa w Twoich palcach, i móc obserwować, jak zaciągasz się właśnie tym samym dymem, innym co prawda, ale posiadającym takie samo znaczenie. Przeznaczenie.

Cóż jest świadomością? – pytanie kolejne, w tej samej ciszy, tym samym lekkim tonem zdane. Świadomością jest wiedzieć, że istniejesz, tuż obok a tak daleko. Świadomością jest zamknąć oczy i widzieć Ciebie, w każdym Twoim uniesieniu, każdym uśmiechu, i każdym mrugnięciu nieśmiałych powiek. Świadomością jest nieść żar przespanej wspólnej nocy, roznosić emanującą tym żarem energię wszędzie dookoła, promieniować nią – bo nie tak łatwo można się jej pozbyć. Świadomością jest wiedzieć, że uśmiechasz się i że oddychasz, a ciało Twoje zapach ma i temperaturę, i fakturę, i gładkość wymieszaną z rozkosznym kłuciem. Świadomością jest mieć świadomość tego, co było, i uśmiechać się na wspomnienie o minionych dreszczach.

Cóż jest we mnie? – pytanie. Proste pytanie. We mnie jest strach i obłęd. Ciężkie chmury na zimowym niebie, szare i sine, zwiastujące śnieżną burzę. We mnie jest lawa, gorąca i płomienna, wydobywająca się na szczyty i doliny mojego ciała w chwilach magicznych, chwilach nie samotnych, a spędzonych wspólnie. We mnie jest ocean myśli, rozległy i odmienny od tych barw, które z wodą się kojarzą. We mnie jest radość i smutek, szczęście i gniew, uśmiech i płacz, niedosyt i spełnienie, przeplatające się wciąż, wciąż zmienne w swych nastrojach i iluzjach.

We mnie jest prawda. I wszystko to, czego pragnę, co chcę spełnić, i co mogę dać. Nic więcej. Tak niewiele. A tak bardzo dużo. Tak gorąco, choć czasami tak bardzo, bardzo zimno. Tak swojsko, choć czasami można czuć się obco.

Czasami przeznaczenie jest wyłącznie chwilą. Chwilą, która dyktuje świadomość. Świadomość tego, co jest we mnie. Kiedy z zaskoczeniem stwierdzam, że to jest TYLKO prawda…

Komentuj(0)


godz: 15:26 data: 2008.03.31
Ça encore moi.

Mais oui si universellement, ça et oui si j'ai le sourire. Différend. Et pourquoi? Alors, les remerciements ŕ aux amis. Car sont, évidemment. Martin me surprend, et pas seulement lui. J'écris ŕ nouveau le livre, et Est les belles ça quelque chose. Car de mieux en mieux avec ça. Pourquoi? Aďe, a passé tel mauvaise période, quand ŕ moi se rien ne voulait. Et c'est pourquoi est maintenant prodigieusement. J'écris, le printemps, comment plus tôt j'ai écrit, mes amis, la musique bien-aimée, nouvelle l’amour (mais je n' écrirai pas, qui ça, car je ne puis). Un est sűr. Veut se vivre. Le sourire vient sur le visage chaque jour. Est bellement. Et seulement oui si plus loin. Je ne sais pas , quoi me donnera demain. Mais je sais que le jour d'aujourd'hui est beau. Et seulement ça compte. Je lisais les vieux mémoires. Tant de souvenirs. Les tant agréables moments. Tant du sourire. Quelque part ça déjŕ a passé, mais derričre ce sont les nouvelles causes ŕ la joie. Et ça compte le plus.

Je remercie aux amis. Vous ętes magnifiques. Et sous ça je vous aime. Je salue. Andrea.

Komentuj(6)


godz: 13:57 data: 2008.03.31
Le printemps :) Ach :)

Universellement n'est pas bien. Quoi avec ça? J'aime. Et ça fort j'aime. Rien je ne changerai. Je voudrais pouvoir s'exclure mais je sais que ça impossible. Hier était beau. Prodigieusement. La promenade avec Martin et à ses amies. À ça la promenade de Daruśny. Et faire de la photographie. À ça le soleil. Le vent léger. Et la conscience qu' est le printemps. Prodigieusement. Aïe, comment je cependant j'aime vivre. Je salue.

Komentuj(0)


godz: 15:16 data: 2008.03.27
Tout finis :)

Pierwszy dzień od dawna, kiedy wiosna jak gdyby zbliża się jednak do nas. Troszkę ciepła, słońce sobie nieśmiało wyjrzało zza chmur. A ja? Nic. Chyba wieczna wewnętrzna zima… Zasadniczo to to jest zastanawiające. Ale dla niektórych zima jest codziennością. Zastanawiające. Ale prawdziwe. No bo w końcu – cóż my możemy, kiedy ktoś, zobligowany własnymi wyborami, gra sobie w kotka i myszkę? Nic. Nic nie możemy. Każdy ma swoje wybory i macha sobie nimi przed nosem losu, jak to M.P. pisał kiedyś w wierszu, dawno, dawno temu. Później i tak się okazuje, że wybory czyjeś były błędne i nietrafione, ale cóż z tego, kiedy już jest za późno. Po prostu za późno…

A jednak przyzwyczajanie się do własnej samotności wcale nie jest takie złe. To może i zaskakujące, bo samotność boli. Szczególnie, kiedy człowiek pragnie odrobiny bliskości. Ale nie jest to takie złe. Poczucie absolutnej wolności jednak przewyższa smutek i ból. Człowiek sam sobie. I człowiek sam dla siebie. Chyba nie może być nic bardziej pięknego. Nie trzeba myśleć o niczym i nikim poza sobą. Nie trzeba się dzielić na niezliczone ilości kawałków wewnątrz siebie. Nie ma ograniczeń. Nie ma myśli o zdradzie, że ktoś może coś robić za naszymi plecami. Zazdrość nie istnieje. I puste noce bez kogoś – gdy tego kogoś nie ma – też nie istnieją. Samotność jest piękna wbrew pozorom. A to, że staje się w sumie wyborem dyktowanym tym, co robią inni? Tym lepiej. To inni pokazują nam, że nie warto sobie nimi nawet głowy zaprzątać. Cóż mi po tym, że ktoś mydlenie innym oczu opanował do perfekcji? Cóż mi po tym, że ktoś w swoim niezdecydowaniu i rozbiciu między kilka fascynacji, nie jest w stanie dokonać właściwego wyboru, nawet mimo tysiąca sygnałów wysyłanych ode mnie w jego kierunku – że mi zależy? Nic mi po tym. Tylko moje przekonania utwierdzają się same w sobie. To takie proste jest, że aż zaskakujące.

Miłych dni. Samotnych lub nie. Szczególne pozdrowienia dla niezdecydowanych. :D Co było możliwe, już przestało być możliwym. Jak sądzę. :)

Komentuj(1)


godz: 14:20 data: 2008.02.22
Lustro albo i nie.

Lustro. Jak ja ostatnio nie lubię lustra… Kiedyś owszem, dzień bez lustra był dniem straconym. Co tam zresztą lustra! Miliony luster, setki milionów, przeglądanie się w szybach wystawowych, witrynach sklepowych, przyciemnionych szybach odblaskowo opalizujących wmontowanych w stuningowane i wypasione autka niekoniecznie wypasionych dzieci dopiero co cieszących się prawem jazdy i prawem do przekroczenia prędkości, które jest jednocześnie jak najwłaściwyszym prawem do utraty życia…

Ech. Wszystko, jak sądzę, można w życiu stracić. Byleby nie stracić siebie. Bo to chyba jest taka jakaś właściwość jedyna i najważniejsza – nie utracić siebie. Być sobie. Jakimkolwiek się jest. Ale wciąż sobą.
Czy ja jeszcze jestem sobą? Wstałem dzisiaj o 12.00 w południe. Od półtorej godziny usiłuję się obudzić. Kawa nie pomaga. Nic nie pomaga. Może ja już śpię tak od dawna? Błędne wybory, nieodpowiednie znajomości, ból nieprzespanych nocy – może się tylko śnią? Czasami chciałbym, żeby tak po prostu było… Czasami życie i odpowiedzialność za nie mnie przerasta, ale przecież trzeba ciągnąć cały czas swój bagaż, od najmłodszych lat po dziś i jeszcze, jeszcze dalej. Niby trzeba, ale kto powiedział, że jestem do tego zobligowany? Kto wymusił na mnie taką właśnie a nie inną obietnicę? I czy w ogóle ktoś wymuszał? Pewnie nikt… Jesteśmy zniewoleni wolnością, jak już wieki temu zauważył (i zresztą pisał na ten temat) Marginalny… Żadnego bardziej zniewolenia ponad wolność. Nie ma.

Czasami nachodzi mnie ochota na coś ostrego, bez granic, tak, żeby hamulce puściły, żeby wszystko stało się poza moją kontrolą. To wolność? Też nie – ale to chyba chęć. Po prostu. Chęć. I głód. A może nie głód. Nieważne. Mam taką czasami ochotę. Jak na to niektórzy mówią? Hehe wiem, jak mówią, ale nie napiszę :P. Ważne, że mam. Tę ochotę.

Przynajmniej kochana mama o mnie dba. Dostałem od niej zieloną Lacoste w prezencie. Moja ulubiona. Jak czuję ten zapach, to aż drżę. Nic to, będzie mi co najwyżej stał na okrągło. Też tak może być. Zresztą, ja tak mam z dwoma na świecie, może trzema perfumami. Zielona Lacoste, Czarny Adidas, i bodajże Grafitowy Kenzo. Gdzieś poczuję ich zapach i już mam twardo.

W razie jakby kto chciał wiedzieć, co zrobić – moi drodzy, u mnie nie przez żołądek, a przez zapach trafia się do serca. I do orgazmu również.

Komentuj(0)


godz: 21:34 data: 2008.02.14
Czasami...

Czasami mam wrażenie, że świat składa się z samych idiotów... Może z małymi wyjątkami, ale co te wyjątki mogą w morzu idiotyzmu zrobić?...
Hmmm...

Komentuj(0)


godz: 14:58 data: 2008.02.6
:((((((((((((

Jak to jest, że w swoim zamyśleniu każdy pozwala sobie wyłącznie na własny smutek i ból? Cokolwiek, no po prostu cokolwiek by się nie stało, każdy ma taką niesamowitą właściwość, że w swoim bólu skupia się w całości, i to dokładnie w całości, na sobie. A ja? Gdzie ja w tym wszystkim jestem? Czy tak trudno jest zadać pytanie, dlaczego? Czy pewne fakty z założenia muszą stać się spełnione? Czy tak właśnie powinna wyglądać walka… Może nie walka, ale próba ocalenia czegokolwiek? Nie wiem… Nic nie wiem. I po raz kolejny, kiedy wpadłem w wątpliwości i trudny stan zawieszenia, zostałem sam… Może ja naprawdę muszę być sam? Już wszyscy mnie utwierdzili w tym przekonaniu. Wszyscy. Ech…

A może po prostu ktoś nie był szczery tak do końca? Wiele może być tych "może".... :(

Komentuj(1)


godz: 00:25 data: 2008.02.4
:)

Chyba tracę siebie. I nie tylko siebie… Nic na to nie poradzę. Gdzieś tam w środku już dawno umarłem… Przepraszam :(…

Komentuj(0)


godz: 23:18 data: 2008.01.23
Z rozmowy...

No dokładnie :) A z rozmowy rodzi się prawda :) Najprawdziwsza prawda :) Fascynujące.... Prawda? :D

Komentuj(1)


godz: 23:46 data: 2008.01.21
Z zapatrzenia...

Z zapatrzenia rodzi się zachwyt… Jak zresztą zawsze… Niby gdzieś poza mną, niby nie do końca uświadomiony, a jednak z zapatrzenia rodzi się zachwyt…
A najśmieszniejsze jest pewnie to, że chyba bym nie wymyślił tego. Jak do tej pory raczej sceptycznie się nastawiałem na wszelkie znajomości, bo jakoś świat mi się za mocno zapadł, i chęci umarły, i nawet moje wnętrze stało się puste i zimne… A tu taka niespodzianka… Zachwycające. Strach się tylko budzi, bo nie chciałbym, żeby ktoś mi uciekł, żeby przepadł, żeby nic po nim nie zostało… Boję się i nic na to nie poradzę, nawet, jeśli w sumie dopiero co się poznajemy…
Pierwsze co, to chyba oczy… I Uśmiech, którego niby nie ma, a jest… I słowa… Słowa, które są tak ważne… Dopiero się te słowa budują, dopiero je układam w sobie, przetwarzam, zapamiętuję…
Tak, to prawda. Z zapatrzenia rodzi się zachwyt. I uśmiech. I wszystko inne również.

Komentuj(0)


godz: 14:51 data: 2008.01.4
W sobie, gdzieś... Głęboko...

Telefon milczy. Może to zabawne, może wcale nie. Wbrew pozorom i wbrew utartemu scenariuszowi, telefon milczy, łypiąc na mnie migającymi diodami, zupełnie jakby śmiał się ze mnie i z moich milionowych wątpliwości. Jak zwierzę, które wie, że w swoim wewnętrznym strachu i tak nie będę w stanie się bronić, więc jak na razie nie atakuje jeszcze, za to ma niesamowicie dobrą zabawę, co więcej – satysfakcję... Z takiego obrotu spraw. Czy zresztą kiedykolwiek będzie mogło być inaczej? Czy kiedykolwiek uda mi się pokonać zwierzę i odwrócić wzrok, odejść – byle jak najdalej?

NIE. A przynajmniej na razie, wciąż, jeszcze, teraz, i być może jeszcze wiele razy – nie. Bo tak jest już z naszymi przyzwyczajeniami, tak już jest z naszymi wnętrzami i z tym, co sobie w nich hodowaliśmy – nieważne, ile lat, dzięki komu, albo czy tylko sami sobie. Jednak to ciekawe, jak bardzo można utopić się we własnym morzu – tym, na które składa się wszystko to, co nam towarzyszy w życiu, to, na co sami sobie pozwoliliśmy… Codzienne budzenie się, i mycie zębów, i sprawdzanie temperatury tostów, i kawa w filiżance, i kanapki dla rodziców, i szkoła, i zakupy, obiad tworzony przy akompaniamencie ciszy lub lekko wibrującego oddechu Vertige… I tak dalej, i wciąż – całą listę długą na świat cały można by zapisać. A przecież nie powinno tak być. Taki układ jest jak najbardziej szalony. I, cholera, to przecież ja powinienem się zbuntować, a nie oni, kiedy nie dostaną swoich kanapek… Wygoda? Czy strach o to, że zbudowany przeze mnie samego ideał syna może się zawalić dokładnie na ich oczach? A może zwraca się historia świata, i sam świat porzygał się mnogością narosłych od lat ideałów, wytwarzając zupełnie nową formę współżycia rodzinnego? Może przegapiliśmy najciekawsze – moment taki, w którym coś pękło na osi narosłych od lat przyzwyczajeń, i to pęknięcie wprowadziło sporą już wibrację w mechanizm instytucji zwanej rodziną? Niektóre prawdy są smutne, niektóre jedynie zaskakujące… A inne wytykają nas palcem, bo to wstyd, dojść do nich tak późno…
I do której kategorii ja należę? I moi rodzice? Najciekawsze jest to, że chyba do każdej po kolei. Wśród miliona możliwości, jakie dał nam los, wybraliśmy scenariusz najbardziej nieprawdopodobny, ale też najbardziej możliwy w sytuacji, w której przyszło nam żyć. A ja mam do czynienia na co dzień z dwoma dorosłymi dziećmi, które – gdybym tylko jeszcze i na to się wysilił – nie protestowałyby, gdybym je kąpał, podczas gdy one dzwonią gdzieś W BARDZO WAŻNEJ SPRAWIE lub na przykład ZAŁATWIAJĄ INTERESY WAGI PAŃSTWOWEJ… Układ idealny, lecz w tym momencie i w tym miejscu ten ideał nie został pomyślany dla mnie. W żaden sposób. A ja, wtopiony w życie z pozoru banalne, nie mam czasu na życie własne… Jak gdyby ktoś wepchnął we mnie intruza, głęboko jakoś tak inną naturę mi zaszczepił, niezgodną z tym, czego chcę i czego pragnę. A najśmieszniejsze jest to, że zrobiłem to sam sobie… Ja sam…
Czasami chciałbym czuć mniej intensywnie… Czasami – i to jest porażające – moja młodość przerasta mnie, bo dochodzę do wniosku, że już jej nie mam, tej młodości… Straciłem ją na korzyść moich rodziców, którzy i tak pewnie nie do końca są w stanie uświadomić sobie tego, co dzieje się z nami i jaka paranoja otacza nas swą dziwaczną mgłą od kilku lat. A czasami – i to jest jeszcze gorsze – dopada mnie świadomość tego, że kiedyś stanę się taki, jak moi rodzice – wiecznie młody, wiecznie niedojrzały rodzinnie i emocjonalnie, rekompensujący sobie własne braki pracą zawodową i stanowiskiem, z piedestału którego będę mógł pokazywać światu i samemu sobie, jaki to jestem wielki i doskonały…

Żałosne…

Decyduję się na czyn godny herosa – i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna odwracam się od uprzykrzonego i znienawidzonego telefonu. Kroczę przed siebie, skręcam do mojego pokoju, i wychodzę z powrotem w świeżość i poranek ogrodu, deptam bosymi stopami ośnieżony trawnik, wchodzę po drewnianych schodach do wnętrza drewnianego domku… Zamykam za sobą drzwi. Jeszcze tylko wyjmuję baterię z komórki…
I już. Ktoś kiedyś powiedział, że spokój może być w ciszy… Nic bardziej błędnego – nigdy nie potrafiłem odnaleźć spokoju w ciszy. Jest za głośna i zbyt zgrzyta w naszych uszach, bowiem przyzwyczailiśmy się do tego, że dźwięki otaczają nas przez całe życie. Żyjemy dla dźwięków, oddechów, uniesień tapetowanych głosem i muzyką. Cisza nas rozprasza, jest za głośna, zbyt obca, nie daje nam wytchnienia i odpoczynku. Ale co innego straszy nas w tej ciszy najbardziej – samotność i nieuchronność. Samotność przede wszystkim – brak kogoś drugiego. To jest w ciszy chyba najgorsze. Jak sądzę… Wiem jedno – mnie cisza nie uspokaja. Nie jest w stanie. Nie ma takiej możliwości, by cisza kiedykolwiek była w stanie mnie uspokoić. Boję się ciszy. Boję się tego, co ona ma w sobie do zaoferowania – czyli… zbyt wiele… To proste, bo wystarczy zamknąć pośród ciszy oczy, by zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi… By usłyszeć to, co w ciszy najbardziej przerażające. By usłyszeć siebie…
A jednak są takie chwile, kiedy nie tyle chcę, co powinienem słuchać siebie w ciszy. Czy lubię? Raczej wątpliwe. Ale z całą pewnością wiem, że powinienem. I teraz właśnie jest ten czas, gdy wzrok dotyka znajomych sprzętów, gdy nozdrza wychwytują w zimnym jeszcze powietrzu zapach minionych oddechów, snów i uniesień. Tak, tak – domek na końcu ogrodu ma swoje tajemnice, zresztą, tajemnice budowane przeze mnie samego lub przez kogoś jeszcze innego, choć wespół ze mną… Może dlatego to tak znajome zapachy, bliższe niż gdziekolwiek indziej, i bardziej przerażające, bo nawet gdy pamięć zawodzi, to one wciąż dają o sobie znać…
Kiedy zapadam się w puszystą miękkość niewielkiego dywanu rozłożonego przed kominkiem, kątem oka obserwuję pudełko wspomnień, wciąż tu obecne, choć przecież tak dawno obiecywałem sam sobie, że spalę je, zniszczę, doszczętnie pozbawię je istnienia w tak dobrze mi znanym kominku… Nigdy tego nie zrobiłem, i zapewne nigdy nie będę w stanie. Odwracam więc tylko wzrok, bezradnie, i pozwalam, by powieki opadły powoli, podarowując oczom błogosławioną ciemność. Bezczelne palce same zaczynają wędrówkę po moim ciele, zataczając tajemnicze koła wokół odsłoniętej skóry brzucha. Chwilę jakby się zastanawiały, po czym suną niżej, zakradając się pod biały pasek bokserek Armaniego… Kiedy dotykają tego, czego pragnęły dotknąć, przez moje ciało przebiega lekki dreszcz. Wzdycham cicho, uśmiechając się do siebie. Lubię, kiedy moje palce to robią. Lubię, kiedy sprawiają, że miękkość staje się wcale już taka nie miękka, a to, co wewnątrz wydaje się być twarde, topi się, staje się delikatne i drżące. Od kiedy tylko moje palce odkryły możliwość tak skrajnej metamorfozy mojego ciała, zaufałem im, gniotąc każdy wyrzut sumienia i wszelkie zasłyszane gdzieś reprymendy.
Coraz bardziej chciwe dłonie pozbawiają mnie ubrań, rozrzucając je w nieładzie. Po raz tysięczny suną po krzywiznach, zagłębieniach i wypukłościach, sprawiając, że mój oddech staje się starą, gramofonową płytą – raz wolniejszy, raz szybszy, urywający się w zupełnie nieprzewidywalnym momencie, lub na dłuższą chwilę zaskakująco dźwięczny i barwny. Jak zawsze mój umysł nie pozostaje dłużny dłoniom, i podsyca ich działania obrazami, które wyświetla pod zmrużonymi, drgającymi w rytm uderzeń serca powiekami. Lecz nie kto inny staje się siłą sprawczą drżenia mego ciała, jak ten, z którym poznałem wszelkie tajemnice oddechu i spełnienia. Ten, który tworzył razem ze mną to miejsce, dzięki któremu domek ma swój niepowtarzalny charakter i smak.

No i zapach, oczywiście…

Mój kuzyn Marek, istota już dzisiaj nierealna, choć każdorazowo we wspomnieniach tak samo ostry jest jego wzrok, tak samo wyraziste kształty i smaki. Wydaje się, że są rzeczy i ludzie, których nigdy nie zapomnimy. Ich dotyk, pełen ciepła i skupienia… Ich oddech na naszej skórze i szept, delikatnie i z rozmysłem wpływający do naszego ucha… Kiedy dym z pierwszych palonych papierosów otacza wszystko zmysłowo, i kiedy krople potu tańczą na skórze, zmieszane i z dymem, i z oddechem, i z ciepłem parującym z naszych ciał… Kiedy nie moje, a Marka palce tworzyły cuda, cuda większe, niżbym kiedykolwiek przypuszczał, większe od tego, co w dorastającej dopiero, młodej świadomości wymyślałem i o czym marzyłem… Zresztą, cuda tworzyły nie tylko jego palce, i uśmiecham się znowu na wspomnienie naszego pierwszego razu, który trwał całą noc, wieczną noc, noc magiczną, naszą, noc, która była wstępem do naszego jedynego w swoim rodzaju bastionu, niedostępnego, właściwego tylko nam. Wspomnienie tego pierwszego, a po nim drugiego, a po nim trzeciego, tak głębokiego i wstrząsającego orgazmu wciąż jeszcze jest we mnie bardzo silne, na tyle silne, że gdzieś w głębi siebie ponownie czuję ten wzrastający szum, uczucie oderwania się od samego siebie, jak gdyby dusza na chwilę stała się o wiele bardziej lżejsza niż ciało, tak lekka, że unosi się wysoko, wysoko, i z góry przeżywa w ekstazie to, co czuje ciało znajdujące się poniżej.
Wspomnienie smaku i zapachu… Zaciskam mocniej powieki, by tylko bardziej pamiętać, by wyciągnąć z zakamarków wspomnień jak najwięcej, tyle, ile się da, ile można – tyle lat po przejściu w stan nicości, tyle lat po tym, kiedy wszelkie archiwa zatrzasnęły się z tym, co można było zdobyć, i rozpoczęły oczekiwanie na to, kiedy otrząsnę się z szoku i postanowię w końcu do nich zajrzeć. Wbrew pozorom zajrzeć do tego archiwum nie było prosto. Po całej serii prób, kończonych łzami i rezygnacją, nastąpił długi okres braku prób, aż w końcu kilka miesięcy temu udało mi się przełamać barierę, zdobyłem się na to, by zajrzeć do tego wyjątkowego miejsca, w którym uporządkowane, poukładane i zalaminowane czasem spoczywały wspomnienia. Trudno powiedzieć, jak to się stało, ale chyba zwyciężyła we mnie potrzeba bycia razem, mojego i Marka bycia, nawet jeśli jego już dawno nie było. W końcu nasze istnienie zdawało się kiedyś nie mieć końca, byłem pewien, że wszelkie plany i marzenia będą wciąż nasze, sama śmierć wydawała mi się czymś tak odległym, że nie brałem jej w ogóle pod uwagę. Zresztą, Marek też nie…
Zasłuchuję się w rytm własnego oddechu, arytmiczny, urywany, coraz szybszy. Zmrużone powieki podsuwają mi kolejne obrazy dawnego wspólnego bycia razem. Każdej wspólnej, pełnej przyjemności chwili. Czy każdej? Bez wątpienia nie, ale to, co najlepsze, jest dla mnie takie samo, jak każde.

Zapatrzony w belkowany sufit, czuję, jak to, co było ciepłe i przyjemne z pozoru, dość szybko staje się chłodnym wyrzutem sumienia. Chłodnym i lepkim. Po raz tysięczny a może nawet dwutysięczny gniotę wyrzut sumienia wewnątrz mnie, jednocześnie wycierając zimny i lepki wyrzut sumienia z mojego brzucha. Wstaję z dywanu, który nagle również zrobił się zaskakująco zimny i mokry. Kiedy patrzę w okno, widzę moją twarz. Zmęczoną. Oczy zaszklone przyjemnością sprzed chwili, ulotną i już jakby nieobecną. Włosy w nieładzie, rozczochrane przez dywan. Nagość, która jakby za dotknięciem tajemniczej siły staje się wstydliwa.
Zbieram rozrzucone przez niedawno jeszcze tak chciwe dłonie ubrania i zakładam je z powrotem na siebie. Zadziwiające, jak nagle wszystko wokoło zrobiło się zimne i mokre… Podnoszę telefon wraz z baterią i wychodzę z powrotem na ogród. Vertige leży w trawie, jego zmrużone oczy wiercą niewidzialne dziury w moim ciele. Zupełnie, jakby wiedział. Jakby się wstydził za mnie, a może zazdrościł, że natura nie dała mu tak sprawnych jak mi dłoni…


Komentuj(2)


godz: 03:38 data: 2007.12.27
Wesołych :)

Generalnie wypadałoby, żebym napisał: Wesołych Świąt. I niech będzie, spóźnione, ale dla was… To jest tak, że gdy mam co chcę, to wtedy chcę więcej… Jeszcze. Z pozdrowieniami – dla pewnego wyjątkowego człowieka :). Andrea.

Komentuj(0)


godz: 21:13 data: 2007.10.29
Po raz kolejny czas się zatrzymał...

Zastanawiam się, jak często człowiek jest w stanie znieść to, że marzenia przegrywają z rzeczywistością... Jak często można okłamywać samego siebie? Jak często można żyć z bólem większym niż każdy inny ból, a nawet wszystkie razem wzięte? I cóż, pewnie często tak jest. Pewnie często można znosić śmierć marzeń. Pewnie często można kryć łzy, uśmiechać się wbrew sobie, i wciąż, zawsze, cały czas, starać się grać, dawać innym radość i uśmiech, kiedy tak naprawdę wcale to, co wewnątrz mnie, nie jest chociaż w przybliżeniu takie, jak na zewnątrz... Czasami wydaje mi się, że śnię jakiś długi, ciężki, dość koszmarny, potwornie zły i na dodatek zupełnie niechciany sen... Ale kiedy nastaje kolejny poranek, po nim kolejny, i tak dalej, i tak dalej... Wiem, że życie to nie sen. Wiem, że muszę ciągle, wciąż, zawsze, od kiedy pamiętam, udawać. Udawać uśmiech, udawać zadowolenie z życia, udawać dobry nastrój.

Bliskość. Uśmiech. Zaufanie. Poczucie bezpieczeństwa... Przecież to nie jest wiele, jeśli chodzi o jakiekolwiek wymagania wobec życia. To zupełnie mało. A jednak gdzieś tam na wyżynie swej pokrętności los przygotował mi właśnie brak tych pojęć i uczuć w życiu. Przygotował mi coś, z czym jestem zmuszony żyć, radzić sobie, nawet... wbrew sobie.

Jednak powoli nie potrafię. Powoli przestaję już odczuwać to, co do niedawna, czyli chęć przebycia pewnej ciężkiej drogi, po której będzie już łatwiej. Łatwiej nie jest. I chyba nigdy nie będzie. A może i na pewno.

Dzisiaj odwiedził mnie Marcin :) Wczoraj chwilę pisaliśmy na gg. I umówiliśmy się na herbatę u mnie. Trochę rozmów o jego sprawach, trochę o moich. Miły nastrój. Uśmiech - naturalny, więc rzadko spotykany, ale przecież jak cenny. Szczerość spojrzenia. Aż gdzieś wewnątrz siebie urosłem. Z poczucia szczęścia. Wiem, są ludzie, dzięki którym jeszcze jestem, i Marcin do nich należy. Wie, kim jestem, wie, że kiedyś był głęboko w moim sercu, wie to wszystko, i wciąż jest - mimo, że przecież jest normalnym człowiekiem. Mimo, że mógłby z kilku powodów nie być. To jest. Daje siłę, daje uśmiech, daje zrozumienie. Niczego nie obiecuje, bo obiecać nie może. Niczego nie daje, bo nie dla mnie ma to, co może dać - w dziedzinie bliskości, zaufania i poczucia bezpieczeństwa, choć tego partnerskiego. Jeśli bowiem chodzi o bliskość, uśmiech, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa w kontaktach między ludźmi - takimi po prostu, dla bycia na tu i teraz - daje mi bardzo wiele. I daje to świadomie.

Oczywiście, że jest naprawdę jedną z niewielu osób w moim życiu, które znaczą dla mnie wszystko. Jest nawet kimś więcej. Stąd wynika mój głęboki i prawdziwy szacunek do niego, niepodważalny, szczery. Mało znam takich ludzi. Tak bardzo mało, że zastanawiam się, dlaczego tak jest? Dlaczego nie może być na tym świecie więcej dobrych ludzi? Tak dobrych jak Marcin?

Garbage - Cup of coffee. To piosenka na dzisiaj. Na jutro. I chyba na wiele, wiele jeszcze dni.

Pozdrawiam. Andrea. Pozytywności Wam życzę. Chociaż trochę.

Komentuj(0)


godz: 20:09 data: 2007.10.24
Autobusowo, ale nie tylko. :)

Jestem zmęczony, i piszę to z całą odpowiedzialnością… Potrzebuję tydzień wolnego, tydzień najmniej… Po prostu nie wyrabiam, nie daję rady… Ale to jest wynikiem chyba jakiejś takiej dziwnej aury – szara pogoda, szary deszcz, szare myśli… Tym niemniej – jest poprawa powolna. Tak na plus minus na razie, ale ten plus zaczyna przeważać (zresztą, pisałem o tym ostatnio). W sobotę pewnie wszystko się już przeważy w stronę uśmiechu, taką mam nadzieję w każdym razie – no, bo w końcu w sobotę się z kimś zobaczę, a już tak długo czekam, że sam nie wiem, jak to możliwe… Ale ja mimo wszystko cierpliwy jestem.

Dzisiaj nie widziałem się z Marcinkiem, ale za to nadrobiliśmy sms’ami. Podobnie w przypadku innych ludzi, przyjaciół, znajomych – sms’y, rozmowy, gadu… Do tego ból zęba już definitywnie odchodzi do przeszłości, ale i tak mam już zaplanowanego dentystę – finansowo umrę, ale trzeba. Koniecznie. Zresztą, dla moich ząbków zrobię wszystko, i finanse w tym względzie się nie liczą. Co jeszcze? Lekki ból gardła, który mi został po gorączce sobotniej nocy :) Ale nie mam co narzekać, przy takiej temperaturze i deszczu mogło być gorzej.

No i oczywiście szereg myśli i wątpliwości, ale chyba każdy je ma, więc je po prostu filtruję, przyglądam się im, zastanawiam, potrząsam, i zostawiam te najważniejsze. Troszkę mi siada to, co najbardziej kiedyś pochłaniało mój czas, ale myślę, że będzie jeszcze pora na moje plany i projekty związane z przyszłością. Chyba nie bardzo potrzebuję obecnie zastrzyków finansowych, może gdyby było inaczej, to już bym skończył to, co planowałem. Nic nie szkodzi. Poczeka, przynajmniej będzie to sprawdzian dotyczący tego, czy ja to traktuję poważnie, czy też nie.

Rozkochałem się ostatnio w absolutnie świetnych croissantach z piekarni w Piotrowicach – piekarnię odwiedzam codziennie przed pracą, a często także i po pracy, i zajadam się croissantami z adwokatem lub czekoladą po prostu w tempie olimpijskim. Panie z piekarni już mnie znają, i dobrze wiedzą, co tam będę kupował, hehe.

A w ogóle to mam niebywałą przyjemność podróżować w autobusie z dwoma niesamowicie ślicznymi i bardzo po prostu fascynującymi chłopakami. Uczą się w technikum, wnioskuję z rozmów. Ale nie chodzi o to, że podobają mi się w jakimś tam fizycznym sensie, choć ich fizyczność jest faktycznie wyjątkowa. Chodzi o to, że po prostu sposób ich bycia, ich wygląd, ich gesty, ich – fakt faktem aura – są tak niesamowite, że po prostu przyjemnie mi się ich obserwuje i aż po prostu mam uśmiech, że tacy wyjątkowi ludzie są na świecie, pełni charakteru, charyzmy i na dodatek czegoś tak wyjątkowego i trudnego do wyłapania, że tylko nielicznym może się to trafić. Rasowość stuprocentowa. Ja mam swoją wielką fascynację, mam kogoś, kto z dnia na dzień i minuty na minutę staje się dla mnie kimś ważnym, tym niemniej – tych dwóch ludzików bardzo mi poprawia humor i sama ich obecność w autobusie budzi mój uśmiech. Pewnie też tak macie, i to nieraz :)

Ach, pozdrawiam. Ciepło. Uciekam pracować dalej, bo przecież nikt za mnie nie zrobi tego wszystkiego. Buziaki dla Was. Jeśli ktoś tu jest. Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(4)


godz: 22:49 data: 2007.10.23
Plus :)

Ojej. To był weekend. I tydzień również – a przynajmniej na razie jest. W sobotę moja kochana siostra miała urodziny, i bawiliśmy się z tej okazji wyjątkowo. Do tego stopnia, że boli mnie język :D …No i mam malinkę, hehe. Ale nie będę wnikał w szczegóły, bo z przyjaciółmi można się bawić, prawda?

Poznałem kilkoro fascynujących ludzi… Z czego bardzo się cieszę, bo oczywiście poznawanie ludzi to jest to, co wprawia mnie w miły stan zaskoczeń i niepewności. Jak chyba każdego. Od niedzielnego wieczoru Polska już nie jest krajem pełnym fobii, partie podejmujące dziwne homofobohasła odeszły do przeszłości, w tym względzie to te, które krzyczały najbardziej, nawet nie przekroczyły progu wyborczego. Mi humor poprawia od niedzieli mina pana Giertycha, kiedy się okazało to, co w końcu sprawiło, że nasz kraj wraca do normalności.

Jakoś mi ciekawie jest. Mam sporo pracy, boję się, że nie wyrobię się terminowo, co mi znacznie pogarsza humor, ale wierzę, że jakoś sobie poradzę.

Podziękować chciałem Piotrkowi za to, że mój blog jest obecnie taki, jaki jest, czyli – po prostu blogowy. A to oznacza, że dzięki Piotrkowi mam szablon nowy – elegancki, prosty w formie, miły w eksponowaniu tego, co w blogu liczy się najbardziej – czyli treści. Jak dobrze pójdzie, to jeszcze więcej zmian się tutaj pojawi. Ale o tym na razie nic nikomu :). Hehe.

Tak ogólnie to chyba miałem ostatnio troszkę ciężki okres. Okres ciszy, deszczu, smutku, lekkiego braku zrozumienia – nawet samego siebie. Ale mi to powoli przechodzi, co mnie cieszy bardzo. Zaczynam po prostu iść coraz szybciej, a moja głowa podnosi się coraz wyżej… Taki już to po prostu jest czas – że w sinusoidzie mojego życia powoli zaczyna się plus. I dobrze mi z nim. Naprawdę.

Pozdrawiam Was wszystkich i życzę pozytywnych, pełnych wrażeń, uśmiechniętych chwil. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 21:38 data: 2007.10.19
..........

Dzień… A ja nie wiem, jaki to był dzień. Owszem, kilka pozytywnych akcentów było. Nawet nie akcentów, a zdarzeń. Miłych zdarzeń. Mimo wszystko będzie czas na to, żeby o nich napisać. Ogólnie mi się dzisiaj wszystko rozciągnęło niesamowicie. Dziwnie… Cholernie dziwnie się czuję. Niby dobrze, a jednak coś, cały czas, jest nie tak… A ja nie wiem, czego to jest wynikiem…

Czy brak mi cierpliwości? Nie – od wielu lat jestem cierpliwy. Brak przyjaciół? Też nie, mam ich sporo, kilku tak ważnych, że aż nie wierzę, i wiem, że zawsze mogę na nich liczyć. Brak marzeń? Też nie, bo marzę, zawsze, wszędzie, codziennie…

A coś jest, cholera, nie tak… Coś gdzieś głęboko we mnie siedzi. Źródło jest odległe, wiele lat stąd… Myślałem, że wyschło, że go już nie ma… A ono ciągle jest, ciągle nie daje mi spokoju… I po tak wielu latach wybiło na nowo, zalewając wszystko. Ani marzenia, ani cierpliwość, ani przyjaciele - nikt tu nie pomoże. Każdy ma swoją czarną stronę, i ona czasami wychodzi, wyłania się na światło dzienne, jak mokra część góry lodowej, która dopiero co wynurza się z wody, i jest praktycznie niedostrzegalna, co przecież jest w niej najbardziej niebezpieczne…

Sam nie wiem… Który raz z kolei nie wiem?... Hmmm – nie wiem.

Zbliżają się wybory. Zakręci się scena polityczna kraju. Zakręci się nasza historia. Czy Polacy faktycznie pójdą po rozum do głowy? Czy weźmiemy w końcu odpowiedzialność za nasz kraj? Czy jest w kim i czym wybierać? …Znowu nie wiem.

Pozytywnych dni. Przynajmniej dla Was. Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 22:15 data: 2007.10.18
Ten czas...

człowiek ma prawo do bólu, ma prawo nawet wyć z bólu tyle, ile tylko chce. to wcale nie tak, że można wciąż trwać siłą i nadzieją, absolutnie nie tak. bo jak to już z ludźmi bywa, są oni tylko ludźmi, więc jak to niby miało być inaczej? W końcu każdy ma swoje granice, można sobie mówić, jak się chce i ile się chce, że da się jeszcze radę, niemniej jednak - wcale tak nie jest w pewnym momencie, bo w końcu człowiek ma dość, rzuca wszystko, zapada się w sobie... I kurczę no to jest dobra reguła, by w końcu móc wypaść z toru, tak czy inaczej, pozwolić sobie na załamanie, choćby i to największe, które doprowadza nas do największej nawet depresji. To święte prawo człowieka - mieć dosyć wszystkich i wszystkiego, nie mieć już siły i upaść tak nisko w swych oczekiwaniach, jak to tylko możliwe. Czy gdyby nie ta tęsknota za za tym, czego się pragnie, to utrzymałyby się jeszcze prostytutki? Szczerze wątpię... Czy nawet męskie dziwki... No przecież to już tak jest... Samotny człowiek nie może dać sobie rady z własną seksualnością, z pożądaniem, wiercącym dziury w całej duszy na każdym kroku i najczęściej w najmniej odpowiednim momencie...

O tak, człowiek ma prawo do upadku - nawet tak potężnego i dotyczącego poziomu najniższego z najniższych. I wcale tak nie jest, że należałoby go za to potępiać czy posądzać go o brak wiary w siebie czy w swe marzenia - bo kiedyś nawet wiara gdzieś się kurczy, zanika, marzenia tracą sens, czas staje się rozciągliwy, jak płynny ołów, i nie da się już nawet udawać nadziei...

NIe wiem zresztą... Nawet pewnie nie chcę wiedzieć... tak mi się tylko zdaje, że powoli przestaję mieć siłę na cokolwiek... Tak się wszystkim o każdej dotyczącej mnie rzeczy łatwo mówi... A ja zapadam się coraz głębiej... Okey, jestem tylko samotny, nie osamotniony... Ale co mi daje brak osamotnienia? Złudne nadzieje tylko, a nikt, kto mnie zna, nie stara się choćby dotrzeć odrobinę wgłąb mnie, żeby spojrzeć, co tam jest, i co tam można pomóc mi naprawić... Nikogo nie obchodzę, bo każdy ma swój świat, swoje życie, każdy idzie do przodu... I co? I nic. Pora na obrót o 180 stopni. Pora na zwrot. Pora na zmianę. Pora na egoizm. Na olewanie wszystkich i wszystkiego. Skoro im jest tak dobrze, to zobaczymy, czy mi też tak może być... Pewnie będzie, przynajmniej będę wiedział co to znaczy wybór siebie... Siebie na pierwszym miejscu.

Komentuj(0)


godz: 14:57 data: 2007.10.5
Biel i woda...

Biel. To chyba pierwszy kolor, jaki przychodzi mi na myśl, kiedy taki dzień jak dziś, dzień niepodobny do żadnego innego dnia, towarzyszy nie myślom, nie życiu, a wegetacji. Biel – jak lipcowe słońce, które spływa na ziemię, sprawia, że kolory i kształty nie pasują do siebie, wymykają się spod kontroli. Biel, która jako jedyna pozostaje, otulając wspomnienia i budząc je do życia wtedy, kiedy zupełnie się ich nie chce. Biel, od której blaknie Twoja twarz i Twój zapach, biel, która sprawia, że Twój oddech, tak kiedyś wyraźny, nie jest już taki jak dawniej, gdy jego ciepło otulało moją szyję i nasz wspólny sen.

Biel. I woda. Ta, która daje życie, bez której nie może istnieć nic i nikt. Ta, która sprawiła, że wszelkie życie na ziemi może istnieć i ma sens. Ta, która od zawsze kojarzyła się z przemijaniem, choć przecież jest przyczyną narodzin. Tak. Woda, która poza narodzinami rozdaje także śmierć.

To lipcowe popołudnie było przecież takie samo, jak każde inne tego lata – niby powtarzalne, niby tak samo wypełnione gorącem, uśmiechem i słowami. Te same pocałunki i słowa, te same plany na przyszłość, te same szepty do ucha i delikatny dotyk pod lustrem wody, powodujące nasze dwuznaczne uśmiechy i wyrazy twarzy, bo mieliśmy coś, co było tylko dla nas, a istnienia czego nie domyślał się nikt wokoło. Nieświadomość innych odnośnie naszego szczęścia i erotyzmu towarzyszącego naszym kąpielom sprawiały, że dzień ten zdawał się wznosić coraz wyżej – jak gdyby oderwały się fundamenty trzymające nas w sztywnych ramach i zachowaniach codzienności, jak gdyby w końcu wszystkie te śruby i mocowania, każde zakotwienie przestało cokolwiek znaczyć. To my podważyliśmy niepodważalne, i to dzięki nam wreszcie mogliśmy oderwać się od szarości. Podróż ku bieli ukochanego słońca i ku wodzie miała być tym, co ukoronuje nasze decyzje, plany, marzenia… Ta podróż miała być pełna naszych ciał, mokrej skóry, urywanych oddechów i szczęścia ukrytego w oczach. Delikatnego dotyku opuszków Twych palców, które wędrowały po moim ciele w każdym kierunku i sprawiały, że każdy mięsień napinała rozkosz i czyste szczęście. Twego głosu, którym potrafiłeś zaprowadzić mnie na najwyższe szczyty, o których istnieniu nie miałem nawet pojęcia…

Pamiętam, jak zawsze patrzyłem w Twoje oczy. Ich ognistość porażała mnie do żywego. Zawsze mnie fascynowało, jak bardzo te oczy podobne są do ognistych kręgów, tak bliskich wyobrażeniu „Ring of fire”… Wciąż, gdy oglądaliśmy Draculę Coppoli, zwracałem na to uwagę… Brąz tych oczu, ich monolityczność, bez wyrazistej struktury tęczówki, załamywały właśnie żółto – czerwone, krwiste, pełne ognia obwódki, w których kryłeś się cały Ty – z każdym swym pragnieniem i marzeniem, z każdym oddechem i każdym orgazmem, który w tych oczach uwielbiałem oglądać, czuć, wchłaniać… Jak pamiętam, to właśnie te oczy prowadziły mnie przez życie i doznania, przez codzienność i sen. To dzięki nim nasza niewinność nie odeszła tak naprawdę, bo ukryła się właśnie gdzieś na orbicie Twych źrenic, włączając w ogniste obwódki i sprawiając, że ich blask spotężniał jeszcze bardziej…

Biel i woda… Uśmiech i płacz. Życie i śmierć. Miłość i nienawiść. Ambiwalencja towarzyszy mi od tego lipcowego popołudnia, kiedy woda, odbijając blask słonecznej bieli, zmoczyła Twe życie wilgotnym płaszczem i odebrała mi ognistość Twego spojrzenia. Na zawsze.

Komentuj(1)


godz: 19:03 data: 2007.09.15
Jak gdyby...

Jak gdyby wyczuć ostrze, na które się patrzy… Czubkami palców muskać lśniącą stal… Uśmiechać się wbrew sobie, jakby twierdząc, ze to wcale nie jest takie straszne, że przecież odwaga to coś, co mieliśmy zawsze, więc i uśmiech sam z siebie naturalny być powinien…

Lecz nie jest….

Jak gdyby wśród wszystkiego, co już odeszło, odnaleźć tę jedną i jedyną, niepowtarzalną choć zakurzoną, pokrytą pyłem, a jednak wciąż błyszczącą chwilę. Błyszczącą wodą i późno popołudniowym słońcem, błyszczącą twymi źrenicami, które traciły swój blask, błyszczącą wreszcie wodą, która odebrała nam wszystko, co tylko układaliśmy między sobą jako nasze plany na daleką przyszłość… Wspólną… Tak właśnie miało być – wspólnie.

Lecz nie jest…

Jak gdyby wbrew wszystkiemu ufać i uważać, że dobrze jednak będzie. Że odnajdzie się ten wymarzony uśmiech, że będzie z kim budować plany – już nowe, pozbawione zbyt dalekiego wybiegu w przyszłość, z obawy, że ponownie mogą zostać tak brutalnie i szybko zmiażdżone. Ufać… Nie tylko sobie, ale też drugiej osobie, która z dnia na dzień staje się kimś ważnym… Tak ważnym, że już zapomniałem, jak to jest, i teraz dopiero zaczynam sobie przypominać, co to znaczy, gdy ktoś staje się dla mnie ważny w każdym, najmniejszym i największym, dosłownym i szczególnym tego słowa znaczeniu. Tak ważnym, że coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, czy ja po prostu jestem, czy nie śnię – długo tak, tak długo, że aż to nierealne jest…

Lecz nie jest…

Jak gdyby pękło w końcu niebo, i wypuściło z siebie całą moc słonecznych promieni, które – dotykając wszystkiego wokół – na nowo życie rozdają, rozgrzewają pokryte szronem uczucia i sprawiają, że każdy poranek to chęć, to pragnienie, to uśmiech i niebywała do tej pory ilość spełnienia. I – paradoksalnie – coś, co ma moc odbierania życia, ma też moc dawania tego życia… Zupełnie, jakby po głębokim zastanowieniu, zmienić w końcu zdanie, oderwać się od starych przekonań, uznać, że one już nie mają racji bytu. Uśmiech.

Jest…

Komentuj(0)


godz: 10:55 data: 2007.09.14
:) :) :) :) * (: (: (: (:

Szarość odeszła. Nie twierdzę, że miała zostać na długo… Ale jak zawsze – obawiałem się jej. Tym niemniej szarość odeszła. Wczoraj przed południem, kiedy ktoś mnie odwiedził, był długo bardzo, i – co najważniejsze – czas ten, kiedy ten ktoś był, był czasem wyjątkowym. Jeszcze nie teraz… Jeszcze nie na tę chwilę… .

Teraz jeszcze niewiele wiem i niewiele mogę określić… Ale to wyjątkowy ktoś. Pełen czegoś tak niesamowicie, niewyobrażalnie cennego, że po prostu uśmiech nie schodzi z mojej twarzy…

Czy to właśnie jest ten czas? Ten mój czas? Po tylu latach? …Być może. Przyjmę ten czas z należnym mu szacunkiem, otoczę się nim jak kokonem łagodzącym każdy ból i każde niespełnienie… A potem wyjdę, patrząc w słońce i uśmiechając się – nie tylko do siebie…

Pojęcie „ja” traci na znaczeniu… Rozpoczyna się czas pojęcia „MY”…

Buziaki. Pozytywnych chwil. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 08:58 data: 2007.09.12
...Szarość....

Dzisiaj jest szaro. I mokro… I światła brak…
No cóż… Czasami nawet z szarości coś wynika… I z niezrealizowanych spotkań…

Wynika czekanie na ciąg dalszy. Bo cóż innego zostaje?...

Jednakże, to fakt, nikt nigdy nas nie otoczył świadomością tego, że będzie łatwo... Bo przecież nigdy nie jest.
Kiedykolwiek i w czymkolwiek.

Boję się szarości. Bo ona pochłania to, co pozytywne i co skrywają w sobie uśmiechy ważnych dla mnie ludzi...

Komentuj(0)


godz: 13:00 data: 2007.09.11
Było i jest...

Najważniejsze, jak pamiętam, było pierwsze wrażenie… Zaskakujące, i takie jakieś niewyjaśnialne… Sam nie wiem, jak to się stało – ale zostałem zaskoczony bardzo tym, że ktoś wiedział, że ja to ja… Trudno zresztą rozwodzić się nad tym, w jaki sposób można kogoś rozpoznać – jeśli nie są znaki, to są przeczucia. Jak sądzę. .

Potem był pierwszy uśmiech… Pierwszy raz dźwięk głosu – i, co ciekawe, miękkość jego i lekka, delikatna, satynowa wibracja tego głosu sprawiła, że ilość sympatii została podniesiona do bardzo wysokiej potęgi…

Później był wzrok… Dotyk palców – przypadkowy…
Dziś minęło sporo już czasu… Po wyjątkowym pewnym dniu, w którym – jak to określił sam Marcin – nastąpił taki przełom, takie „pyk” – i już, no więc – po tym pewnym dniu, jakoś tak sympatia rozlała się na nas, chyba nie jesteśmy tacy spięci, a uśmiech sam z siebie i bez towarzyszącej mu niepewności wykwita…

Jest jedna rzecz… Uwielbiam patrzeć, jak on je… I nie wiem, dlaczego… W ogóle uwielbiam na niego patrzeć… Tak, wiem, jak na razie niczego nie można być pewnym… Czasami wystarczy kogoś znać – tak po prostu. Ale z samego faktu czyjegoś poznania czerpie się radość ogromną…

Pozytywnych dni. Andrea.

Komentuj(2)


godz: 10:36 data: 2007.09.9
:) HeY :)

Po tygodniu, w którym woda stałym i nieprzerwanym strumieniem cieknie z nieba, i przestać nie ma zamiaru, można mieć dość… Pewnie, że można – bo jeśli życie ma się uzależnione od słońca w pewnym stopniu, a kto mnie zna, to wie (zresztą, kto w życiu nie potrzebuje słońca?? Wiem, ja też kocham zimę, ale słońce jest mi do życia konieczne), no więc – kto mnie zna, ten wie, że bez słońca długo istnieć nie mogę… Bo więdnę, bo usycham, bo wkręcam sobie coraz to większą ilość tych tak zwanych „dołów”… Tym razem zresztą to nie jestem sam, bo razem ze mną dołuje się Pawcio, i tylko tyle dobrze, że znajdujemy czas na to, żeby wypaść gdzieś razem wieczorkiem, na colę albo na herbatkę, i siedzimy w samochodzie sobie gdzieś na ciemnym parkingu (hi hi) albo powiedzmy, jeździmy po lesie samochodem, i też sobie rozmawiamy. Cieszę się, że jest jak jest, bo chyba tego nam trzeba – nie tyle samych rozmów, co świadomości, że z kimś rozmawiać można. Nie tyle samego łamania przepisów czy ustalonych praw, co świadomości, że jeszcze coś tam nam z tej młodości zostało i jesteśmy w stanie dalej tak robić. Wiem, że nie jest to dobre, ale nie interesuje mnie to, bo tylko dzięki temu mogę się jeszcze uśmiechać.
Teraz w sumie sobie z Pawciem na gg rozmawiamy, i nie wspominamy tylko tego co było, ale też przede wszystkim zahaczamy o to, co będzie… A każdy z nas ma swoje plany w końcu… Zawsze dochodzę w pewnym momencie do wniosku, że są w moim życiu pewni panowie… Hetero oczywiście… :D, którzy – będąc przy mnie – dają mi naprawdę wiele. O wiele więcej, niż pewnie dałby mi ktoś inny od nich. Skądinąd czasami mam po prostu ochotę ogromną na Pawcia, niejeden raz miałem, ale on o tym wie, i jakoś mu to nie przeszkadza. No cóż… Każdy ma w końcu jakieś tam swoje grzechy… Tyle, że niektóre są takie, które nie czynią innym szkody.
Ok. Nie filozofuję. Ważne jest to, że w sumie gdyby nie moje z Pawciem rozmowy to pewnie już bym odpłynął. Daleko. Ważne jest też to, że gdyby nie Marcin, to też miałbym ciężko dosyć… I najważniejsze jest to, że w moim życiu, jak ciepły wiatr na wiosnę, jak słońce po długim okresie smutku, chmur i ciemności, pojawił się ktoś. Poważny, inteligentny, prześliczny, błyskotliwy, pozytywnie intrygujący, bezspornie wyjątkowy… Ktoś, kogo nawet nie wymarzyłbym sobie sam, a kogo znam, i jestem niesamowicie tym faktem zaskoczony i ucieszony. Oczywiście, że na razie znamy się po prostu. W pewnym wieku chyba już tak jest, że jak się kogoś poznaje, to samo już poznanie bardzo długo trwa. Ale, jak sądzę, intrygowanie tutaj wzajemnie w dwie strony działa, co jakoś nie przeszkadza mi zbytnio… Jest mi miło i sympatycznie, jest wyjątkowo i ciekawie, a ja zadziwiony jestem moim życiem…
Już ponad tydzień nie ma słońca.… Ciągle pada i powinienem mieć mega doła.

…Nie mam. Bo Pawcio. Bo Marcinek. Bo mój poznany ktoś… Bo inni przyjaciele i przyjaciółki. Bo sens życia, który został nadany już przez sam fakt czyjegoś istnienia… Bo przecież w stanie mega-doła nie byłbym w stanie nawet niczego z siebie dać i żadnej pozytywności pokazać nowo poznanemu człowiekowi… Chłopakowi… Skądinąd niesamowicie seksownemu i wyjątkowo ciepłemu… Zastanawiam się czasami, skąd w ludziach tyle ciepła jest… I skąd się bierze u nich taki wyjątkowy, piękny, kochany i niepowtarzalny uśmiech, który sprawia, że po prostu odpływam… Ale jeszcze bardziej zastanawiam się, gdy ktoś o to pyta mnie… W odniesieniu do mnie… A ostatnio często tak mam. Coś mi się zdaje, że w wieku moich 26 lat przeżywam sobie prawdziwy renesans – renesans uczuć, renesans stylu, renesans samego siebie, definiowany własną świadomością własnej wartości, a także tym, jak na siebie patrzę i jak się uśmiecham w końcu do siebie, patrząc w lustro i widząc tam seksownego, inteligentnego, uśmiechniętego faceta o błękitnych oczach i wcale jeszcze nie starej twarzy. Hehe, wiem, przesadzam. Ale ostatnio, jakoś tak od około 2 lat, miałem prawdziwy kryzys wieku przedśredniego… I moja samoocena i świadomość własnej wartości były zerowe. A teraz żyję pełnią życia, uśmiecham się, i jest mi tak dobrze… Z przyjaciółmi – tymi wielkimi, wieloletnimi, i tymi nowymi, fascynującymi…

Pozytywnych dni Wam życzę. Na ten ciemny, szary czas. Oby nie był dla Was smutny, ten czas. Odnajdźcie w nim trochę ciepła, koloru i uśmiechu. Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach, więc nie odwracajcie od nich wzroku. Buźka. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 14:20 data: 2007.08.12
Bialutko... Na mnie.... :)

Wczorajsze popołudnie to był szał. I raj zakupów. Nie tylko tych dla mnie. Osobiście to udało mi się odnaleźć jedną, genialną, śliczną, wyjątkową białą bluzę… Nawet bym nie przypuszczał, że mi się tak spodoba, i że na mnie tak bardzo będzie mi się ona podobać. No cóż, czasami można zaskoczyć samego siebie… Ale chciałbym tylko nadmienić, że są ubrania, które zmieniają nasze życie. Naprawdę. Kiedy z siostrą i jej chłopakiem poszliśmy do naszego ukochanego baru, to już na samym początku podszedł do mnie śliczny chłopiec z zapytaniem mało dość zrozumiałym odnośnie jakiegoś meczu, który niby miał się odbyć, a nie wiadomo było, czy się odbędzie. Inny chłopiec z dość miłym i dwuznacznym wyrazem twarzy też się patrzył na mnie – dość często nawet przechodził koło mnie. I co prawda, to prawda – moja siostra stwierdziła, że rzadko nam się trafia ubranie, które będąc ładnym, podoba się nam i jeszcze na dodatek sami dobrze się w tym ubraniu czujemy. Ta bluza należy do takich ubrań, i to jest w ogóle moje pierwsze ubranko, w którym – idąc – czuję się sexy i pewny siebie. Nie powiem, nie przeszkadza mi to, a nawet jest mi miło, choć osobiście nie lubię być podrywany… Znaczy, każdy to lubi, w pewnym stopniu… Ale niestety jak ma się swoją wielką i niespełnioną miłość, do się do każdej próby poderwania naszej osoby podchodzi z chłodem i rezerwą… Bo z góry się uważa, że to nie ma sensu… Nie zmienia to faktu, że bluza jest prześliczna. I pewnie foto tu zamieszczę kiedyś. Naprawdę, nigdy, w żadnym jeszcze ubraniu, nie było mi tak dobrze. Ech, znarcyzuję się i co będzie?

Dziś jest piękny dzień. Po dłuuugim bardzo czasie udało mi się w końcu porozmawiać z Marcinkiem. W sumie to Marcinek sam do mnie napisał. I tak sobie jeszcze teraz piszemy, i pomimo chmur za oknem, jest kolorowo. Dobrze wiedzieć, że są ludzie, na których możemy polegać. I to są właśnie ludzie, dla których nie liczy się czas… Tylko my… Nie powiem… Bardzo mi jest miło i wyjątkowo, mieć tę świadomość, że są ludzie, dzięki którym mogę sobie żyć z uśmiechem na twarzy.
Mam nadzieję, że ta niedziela będzie piękna. Że uda mi się dzisiaj choć odrobinę podbić wrażenia. Spacerem? Spotkaniem? …Czymkolwiek.

Dobrych chwil. Andrea.

Komentuj(1)


godz: 22:55 data: 2007.08.11
Wszystko...

„Wszystko…. Wszystko to tylko przeplatające się wstęgi naszych marzeń, naszych pragnień i naszych niespełnionych nadziei… Wzrok wymieniany gdzieś w biegu dni i nocy, dotknięcie – niby przypadkowe – gdzieś w tłumie, w biegu, kiedy na chwilę stanąć możemy, coś zapamiętać, coś zarejestrować na dłużej, i już, znowu pędzić dalej… Czy tak trudno zatrzymać się na dłużej? Czy tak trudno zadać pytanie: Jak masz na imię? Kim jesteś?... Pewnie trudno. Każdy ma w swym życiu trudności z okazaniem naturalnego zainteresowania kimś, kto na daną chwilę, o danym czasie, w błysku i ułamku sekundy, zakręcił uczuciami, oddechem, spokojem duszy… A przecież nie powinno tak być… Mimo wszystko… Powinniśmy mieć w sobie więcej odwagi…” – myślę, kiedy odwracam wzrok, bo strach lodowatym strumieniem spływa mi po plecach, gdy patrzę w Twoje oczy i nie potrafię odwzajemnić uśmiechu, kiedy Ty sam uśmiechasz się do mnie tak słodko i wieloznacznie… Znów puste sny, i wyrzuty sumienia, i powroty w miejsca, gdzie na pewno nigdy Cię już nie zastanę… Pomiędzy zaśnięciem a dźwiękiem budzika znowu będę się okłamywał, że apogeum szczęścia to już same Twoje oczy… A wcale nieprawda… Apogeum szczęścia to byłby Twój dotyk… Twój smak… Miękkość i twardość Twojego ciała… Wilgoć i susza… Cisza i krzyk… Uśmiech i smutek… I mimo to przecież dalej, nadal, wciąż okłamuję samego siebie… I czekam z nadzieją na pierwszy Twój znak, pierwsze słowo, kiedy sam nie potrafię powiedzieć nic… I nic nie potrafię pokazać… Kiedyś pobiegnę nieśmiało bardzo daleko… Tak daleko, że nie wrócę już z powrotem. I albo wtedy przepadnę raz na zawsze, albo Cię odnajdę. Innego końca nie ma. I nie będzie.

Andrea.

Komentuj(0)


godz: 12:39 data: 2007.08.10
Byłeś...

Byłeś dziś w moim śnie… W niejednym… Aż koce zrobiły się mokre od Twojej ilości… Leczy nie była to wilgoć przyjemna, bo wiele było w niej strachu… Byłeś dziś w moim śnie….

Komentuj(0)


godz: 15:21 data: 2007.08.9
Wciąż Ty...

Pozostajesz mym marzeniem już tyle lat… Ciągle jak gdyby nie ten sam. Kiedy rzeczywistość staje się płynna i półprzezroczysta, kiedy traci swe – tak dobrze znane – właściwości… Wciąż jesteś ten sam, choć inny w każdym kolejnym swoim wcieleniu… Ty – jako synonim bezpieczeństwa. Bliskości. I ciepła. Wciąż ten sam, chociaż tak inny za każdym razem, gdy na mej drodze stajesz – w cudzych oczach, cudzym uśmiechu, kształcie czyjejś twarzy czy dłoni… Wiem… Żadna obrona nie ma tutaj sensu, nie mogę uciekać własnymi oczyma przed Twoim wzrokiem i Twoim głosem, którego przecież nigdy nie będę mógł nauczyć się na pamięć, bo zawsze, za każdym razem, inny będzie i nie do poznania… Słońce wpada przez okno i dotyka mojej skóry, rozgrzewając ją – to znowu Ty… Kiedy piję kawę, a ona przyjemnym ciepłem rozlewa mi się po brzuchu – to także Ty… Kiedy jem lody, ulubione, czekoladowe, które chłodzą mnie od wewnątrz – to ponownie Ty… Pod przymkniętymi powiekami, kiedy odpoczywam, kiedy śpię, kiedy słucham muzyki – zawsze Ty, zawsze inny, chociaż przecież zawsze ten sam… Nie ma drogi odwrotu, nie ma ucieczki, bo wiem, że i tak jej nie zechcę, że zawsze wybiorę zniewolenie Twoją osobą, bo wolę tę niewolę od tysiąca wcieleń wolności, która będzie, owszem, wolnością, ale bez Twych oczu, bez Twych słów, bez oddechu i dotyku… Wolę być teraz i tu, nie zmieniać miejsca swego przebywania, nie sprzątać zakurzonych, zasnutych pajęczynami, wnętrz swej wyobraźni. Wiem, że kiedyś, w Tobie tylko znanym czasie, któreś z Twoich wcieleń spojrzy na mnie bardziej ciepło. Uśmiechnie się z głębi duszy i z czystej chęci, dotknie mnie… Niby przypadkiem… I wreszcie Ty – Ty sam, cały Ty – zmaterializujesz się i zostaniesz… Nie sam, bo ze mną. Więc po prostu MY będziemy…

Wiem. Oczywiście, że wiem… Już tyle lat czekam. Już tyle lat pajęczyny stają się coraz grubsze i jest ich coraz więcej… Ale wierzę. I trwam. To jedyne, co zostaje. To jedyne, bym mógł dalej żyć.

Okłamany. Sam. Ale jednak żyć.

Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(1)


godz: 13:05 data: 2007.08.7
Od Ciszy do Ciszy

Co się zmieniło?? Niby nic… Co poszło do przodu? Też niby nic… A jednak ciągle i wciąż coś się dzieje, ciągle jak gdyby zmienia się świat i wszystko to, co na nim… Tkwię sobie obecnie w samotności, ze skrywanym pożądaniem, gdzieś tam tępo pulsującym i wciąż o sobie dającym znać… Ale przecież po to żyjemy – żeby pożądanie było, żeby dawało znać o sobie… Nic by nie było bez pożądania, wszystko traciłoby smak i zapach i koloryt i tajemniczość. A tak miło byłoby, gdyby można było móc powiedzieć: dalej jest pięknie, a ja nie jestem sam… Tak… Byłoby… Ale już nie można. To w końcu jest chyba najbardziej irytująca rzecz na świecie. Kiedy szuka się prawdziwej bliskości, kiedy oczekuje się od życia czegoś więcej, niż tylko sex i dobre jedzenie i dobre picie, to się okazuje, że to i tak nie jest to… Że kiedy gdzieś w środku siebie jesteśmy dobrzy i chcemy dobrze, nie myślimy o własnym spełnieniu i przyjemności, tylko o cudzym… To dostajemy tak ciężki wpierdol od życia, że ledwo się trzymamy na nogach, wszystko się w nas załamuje, i nawet nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jak to się stało… I nadal się jest takim, jakim się było, bo wciąż ma się nadzieję, wciąż się w ludzi wierzy… Niby nic to nie zmienia, niby ciągle się okazuje, że nie warto… A jednak ciągle, wciąż, zawsze, wbrew sobie, wbrew logice i wbrew życiu, ma się tę cholerną nadzieję… I po co?? Niby po nic, ale kiedy patrzę w lustro, wciąż mam do siebie szacunek… Kiedy podaję komuś rękę, wiem, że ten ktoś może mi zaufać. Tak samo, jak kiedy myślę o kimś w kategoriach, powiedzmy, innych od tych standardowych… To ciągle wiem, że nic z tego… Chyba się spaliłem już w życiu… Nie, żebym się starzał… Raczej nie… Po prostu się wypaliłem… Możecie pozbierać te zwęglone resztki, posiać trawkę, jaką tam sobie chcecie, ozdobną czy wyskokową…
Trudno mi. Ale znowu dam radę. Będę musiał, bo chyba mnie dość dobrze wychowano, bym zawsze dawał…
Pozdrowienia. Dobrych dni. Andrea.

Komentuj(2)


godz: 11:24 data: 2007.08.7
Pięknie :)

Samotnie jest. A pięknie jest. Nie chodzi o to, że bycie singlem czy czymś temu podobnym mi pasuje, wcale nie. Za dobrze znam smak bycia z kimś... razem... By tak twierdzić... Ale jak na razie ciszę mam. Spokój. I sporo radości. Zeszłoroczna radość odeszła do historii... Ale co mi tam... Ważne, że uśmiech gości sobie na mojej twarzy. To wystarcza. :) Buźki Dla Was... Ktokolwiek tu jeszcze jest :)

Andrea.

Komentuj(0)


godz: 23:43 data: 2007.05.25
Jestem:) Żyję :)

   Dokładnie. jestem. I żyję. proszę sie nie martwić:) wracam niebawem. buźka dla Was :) na pocieszenie - wciąż jestem sam :) ale tylko wewnętrznie :) buziaki. Andrea. :) Pozdrówka dla Paskudy i Marginalnego. Dajcie znać, że żyjecie :) Jakoś tego potrzebuję. Znak najmniejszy :)     


Komentuj(0)


godz: 23:00 data: 2007.02.12
Wiem...

Wiem, jak zawsze zbyt szybko emocje biorą u mnie górę nad rozsądkiem a nawet nad pewną granicą właściwą tym, którzy sami siebie szanują. Ale nic mnie to nie interesuje za bardzo.

Wiem, świat jednak jest sobie nadal, i istnieje obok mnie, jakby przez taflę szlifowanego szkła oglądany, niby niezmieniony, lecz w swych kształtach rozmyty lub zbyt nienaturalnie ostry…

Wiem, tak już jest, że po depresji nastaje czas rozgrzeszeń i radości, tak, jak po deszczu – nieważne jak długim – prędzej czy później słońce wyjść musi. Wewnętrzne macki mojej czarnej strony duszy powolutku przestają się kurczowo czepiać wszystkiego, co kiedyś było kolorowe, i same kolory znowu zaczynają oglądać światło dzienne. Nie twierdzę, że jest wszystko ok. Nie mogę jeszcze zbyt wiele twierdzić. Szczególnie, że przeżyłem ostatnio głęboki szok…

Wiem, są oczy na tym świecie, w których kolorze i kształcie można się zakochać od pierwszego wejrzenia… Co innego, kiedy się okazuje, że najpierw się pokochało i przestudiowało dogłębnie cudzą duszę, nawet nie mając z nią styczności… Taki jest ponadczasowy i pozawerbalny wymiar Internetu – i czy się to komuś podoba, czy nie, to tacy jesteśmy tym Internetem ukształtowani już… Nic za darmo, za wszystko tak czy inaczej musimy płacić, nawet jeśliby to była najdelikatniejsza fascynacja słowem… I chyba doszedłem do punktu bardzo niebezpiecznego…

Wiem, można kochać słowa, które ktoś tworzy. Można kochać cudze myśli i spojrzenie na rzeczywistość. Wreszcie – można utonąć w cudzych oczach, w ich głębi i kolorycie… A co dalej?

To też wiem. Dalej nic być nie musi. Świat jest zbyt zły, a życie zbyt krótkie, by odmawiać sobie przyjemności takich uczuć. I cierpkiego smaku fascynacji – cierpkiego, lecz z drugiej strony cudownego i orzeźwiającego.

Wiem… Wszystko jest kwestią odpowiedniego podania i umiejętności prezentacji… Reszta to już tylko niezrozumiały bełkot. Taki, który nie zrobi na nikim wrażenia…

I to też wiem. Jestem. A mogłoby mnie nie być. I chyba za to jestem wdzięczny tym, którzy jeszcze w jakimś tam stopniu interesują się moją osobą.

Pozdrawiam. Andrea. Dobrych dni życzę.


Komentuj(1)


godz: 03:27 data: 2007.02.12
:) Dziwnie mi...

Zakochałem się w Twoich OCZACH....

Naprawdę...

Brak mi spokoju...

:( :( :( :( :( :(


Komentuj(0)


godz: 22:51 data: 2007.02.6
Dość trudny czas... nawet bardzo...

Zamyślam się ostatnio nad wszystkim. Mam taki okres, że idę ulicą, patrzę w twarz spotkanym ludziom, myślę, kojarzę, filtruję gdzieś głęboko w sobie uczucia i wrażenia… Tęsknię… Kocham… Mam wyrzuty sumienia… Czyjeś oczy we mnie żyją, prowadzą mnie przez sny i każdą myśl… Trudno mi pojąć, że jestem sam, trudno mi uwierzyć w to, że tak można… Wszystko jest trudne, z drugiej strony… Z jeszcze innej strony, ani mówienie prawdy, ani kłamstwo nie mają wartości – człowiek pozostaje tak samo samotny… Ciężko i trudno i smutno i w ogóle… W ogóle to jakoś… Sam nie wiem… Nie mam już w sobie tego, co kiedyś – naiwnej nadziei… Brak mi samego siebie… Już nie czekam… Już nie chcę… Smutek mnie toczy… ogromny…

Naprawdę, najlepszą rzeczą, jaką stworzył Bóg, jest nowy dzień…

Tylko jak ja się w ten nowy dzień zachowam?? Jeszcze nie wiem… Trudno mi… Naprawdę jest mi strasznie trudno… Mało z kim mogę o tym porozmawiać, mało kto jest w stanie mnie zrozumieć… Mało kto… Trafiłem na zbyt ciężki okres… Nie chcę się pogodzić z tym, że kogoś tracę, kiedy jednak to jest zbyt oczywiste… Nie umiem zrozumieć, że ktoś nie jest taki, jakbym chciał, żeby był… I nie wiem, jak zniosę to, że ktoś – kogo kocham – jest kimś innym zupełnie… Jak trudno wyrwać z siebie miłość… Jak trudno być…

Pozdrawiam. Andrea…


Komentuj(5)


godz: 23:14 data: 2007.01.18
Dziś Kasia Kowalska... I jej najpiękniejsza piosenka, jaką znam...

Oto Ja
Słyszę każdy szept
Usłyszę też to
Czym chcesz zranić mnie

Znam wiele kłamstw
Bawią one oczy me
Lecz pozwalam widzieć mnie
Taką jak chcę

Oto Ja
Czasem słowa ranią mnie
Choć zamiast serca mam
Dawno już głaz
I jeśli istnieje coś
Warte tego by zmienić się
Zrobię to

Znam wiele prawd
Ciągle nowych uczę się
Nie żądam więcej
Niż mogę mieć

Na szczęście istnieje ktoś
I dlatego poświęcę się
Pozwolę mu odkryć to
A czego Ty nigdy nie chciałeś mieć
Odkryję moje drugie Ja
Bo
Nie nie nie chcę byś
Czymś co byś kiedyś stracić chciał

Oto Ja

Komentuj(2)


godz: 23:14 data: 2007.01.18
Dziś Kasia Kowalska... I jej najpiękniejsza piosenka, jaką znam...

Oto Ja
Słyszę każdy szept
Usłyszę też to
Czym chcesz zranić mnie

Znam wiele kłamstw
Bawią one oczy me
Lecz pozwalam widzieć mnie
Taką jak chcę

Oto Ja
Czasem słowa ranią mnie
Choć zamiast serca mam
Dawno już głaz
I jeśli istnieje coś
Warte tego by zmienić się
Zrobię to

Znam wiele prawd
Ciągle nowych uczę się
Nie żądam więcej
Niż mogę mieć

Na szczęście istnieje ktoś
I dlatego poświęcę się
Pozwolę mu odkryć to
A czego Ty nigdy nie chciałeś mieć
Odkryję moje drugie Ja
Bo
Nie nie nie chcę byś
Czymś co byś kiedyś stracić chciał

Oto Ja

Komentuj(1)


godz: 10:43 data: 2007.01.9
małe święto :D

Zmęczony jestem :/ Ale to tylko ilością pracy, którą muszę wykonać i ilością obowiązków, które na mnie spadły. Nie chcę tak i pragnę wolności odrobinę, cholera… Mam nadzieję, że w ferie uda się mi tej wolności znaleźć odpowiednią ilość i że z Arturkiem spędzimy gdzieś upojny tydzień, a nie tylko weekend… Ech, my już musimy w końcu zająć się tym naszym mieszkaniem, odłożyć maxymalną ilość pieniędzy, żebyśmy mogli wspólnie budować nasze nowe… i wspólne właśnie – otoczenie.
Wczoraj mi się kontakt odnowił z pewną wyjątkową i bardzo przeze mnie lubianą osobą. Długo nie mieliśmy okazji rozmawiać, no ale czasami sam tak mam, więc rozumiem, że i on miał dłuuugi okres niechęci do ludzi i do rozmów jakichkolwiek. Każdy w końcu ma takie dni – krótsze, dłuższe, okresy w sumie, nie dni. Ale czas to czas, choć jest bezwzględny w zabijaniu, to jest względny dla nas samych – każdy z nas inaczej ten czas odbiera… I inna miara czasu mieszka w każdym z nas… Ale to dobrze, bo dzięki temu nie musimy tkwić w tych samych miejscach i z tymi samymi uczuciami.
Dziś świętuję :D. Już dostałem sms’ka. Misio zdobył coś, co zdobywa niewielu. I w związku z tym mamy dziś małe-duże święto. Szampan już kupiony. Teraz produkuję paszteciki nasze ulubione, jeszcze muszę po łososia się wybrać i wybłagać u koleżanki tartę. Jak mi się nie uda, to będą lody :D -> w każdej postaci :D Dziś nam wolno, a co? :D
Buźki dla Was. W obliczu mojej radości wszyscy na nie zasłużyli. Na te buźki :). I przepraszam, z lodami jest już inaczej :D.
Dobrych dni :D – Andrea. :D

Komentuj(1)


godz: 09:29 data: 2007.01.8
Nowy tydzień... Ostatni wolny...

Minął sobie słodki, dość leniwy, i pełen nawet wyłącznie nas – tydzień. Kurczę, ja naprawdę jestem pełen podziwu wobec tego, że jakoś sami od siebie tak działamy, tak żyjemy, że nawet nie wiemy, co to jest rutyna… Ale to chyba miłość… Bo gdyby jej nie było, to mógłby być tylko sex i przyzwyczajenie właśnie… A tu jest … hmmm mało sexu… Naprawdę. To śmieszne, bo kiedyś mi się wydawało, że inaczej do tego będę podchodził… Ale bliskość i cielesność to wcale nie sex, jak się okazuje… To po prostu bycie. I tyle :).
Ja miałem okazję porozmawiać sobie z ludźmi, których nie widziałem wiele, wiele lat… To jest ciekawe – bo z jednymi nawet nie mam już tematu wspólnego, zero zrozumienia… A z innymi tak mam, jakbyśmy się nie widzieli ot, jeden dzień, może tydzień - ciągle to samo, ciągle ta sama więź i nić… Więc nie wiem, jak to jest… Kolejne doświadczenie na półce mojego życia. Można kogoś znać minutę, i lepiej znać, niż jak się zna kogoś 20 lat… I jest tak, jakby się go nie znało wcale…
Za niedługo startuje sezon… I będziemy mieli mniej czasu dla siebie… A co za tym idzie, niby będziemy razem, a tak jakoś osobno mimo wszystko. Mimo, co nie znaczy, że wbrew nam – bo na to i tak mamy sposób :D. kosztem moich zajęć i mojej pracy, ale co tam – zamienię klasę na boisko. Jak zwykle od sporego już czasu :). Wystarczy nam jak zwykle sama świadomość swojego bycia tuż obok. Bo i tak to, co tylko dla nas, mamy już tam, gdzie nie widzi nas nikt. Albo prawie nikt.
Pewnie dlatego ostatnio ciągle leżymy po prostu, mało rozmawiamy, cieszymy się sobą i naszą – swoją bliskością. Że może trwać nawet kilkanaście godzin… Bo czas się kończy, czasu już niewiele… Ech, życie… Kurczę… Ale co tam :). Trzeba dać radę :).

Pozdrawiam ciepło. Andrea. :). 3majcie się. I Ty Paskudo też :). A może przede wszystkim. :).

Komentuj(1)


godz: 10:50 data: 2007.01.3
Witam:)

Zmieniłem szablonik... Ale kurczę... Coś jeszcze nie działa, bo nie wyświetla wszystkich notek... Tylko ostatnią :D Trzeba nad tym popracować:)

POzdrawiam ciepło. jak dopracuję tutaj Wszystko :) --> to się odezwę :)

buźki. Andrea :)

Komentuj(2)


godz: 10:48 data: 2007.01.2
Skrót bardziej niż telegraficzny... Ale jestem :D

Sporo mnie nie było. Ale proszę mi wybaczyć. Jadłem moje szczęście i karmiłem się każdą chwilą szczęścia i radości, od samej wigilii, aż po nowy rok. Miś wolnego trochę ma od meczy, więc teraz to po prostu raj jest na ziemi :).
Sama wigilia spędzona była cudownie, wyjątkowo i milutko, już od 19, kiedy razem wolni byliśmy i po prostu zaszyliśmy się w znanym tylko nam miejscu :D. Po wigilii, na świąteczne śniadanie, dotarłem po 11.30 rano :D. Nic strasznego, bo u mnie i tak wszyscy wstawali dopiero. Dwa świąteczne dni też minęły szybko i nawet nie myślałem wtedy o niczym i nad niczym, za to kolejne dni poświąteczne – tutaj już mieliśmy spore pole do popisu, a czas, jaki wspólnie spędziliśmy, zaskoczył chyba tak mnie, jak i jego :). Spacery po parku – nawet nie takim zwykłym, tylko po spoooorym lesie, ale kto wie, ten wie :D, do tego noce pełne nas, i spokój, i brak świadomości, że zajęcia jakieś, że terminy, że trzeba tu czy tam… Nic z tych rzeczy nie było, było spokojnie i wyjątkowo, otaczała nas cisza i to, co chcieliśmy poza tą ciszą.
Sylwester jeszcze bardziej udany był, gdy tak patrzeć z perspektywy na niego. Wśród najbliższych przyjaciół, którzy wiedzą, o co chodzi, sami pozostając w swoich przekonaniach, nie znaczy, że złych. Życzenia noworoczne pełne uśmiechu, i wędrowanie od jednego miejsca w drugie – bo tak już mamy, że życzenia muszą być osobiste, więc od 10.00 wieczorem do 1.30 w nocy czekała nas podróż spora, ale potem wróciliśmy do punktu wyjścia, bo powoli traciliśmy siły, a jeszcze koniecznie trzeba było wtulić się w siebie, i trwać… I nic więcej.

Mam nadzieję, że innym równie pięknie wszystko się udało, choć z opisów czasami wnioskować można, że tak. Pozdrówka dla Was i buziaki, szczególnie dla Paskudy – buduj swoje szczęście. Z rozwagą i uczuciem. Tak, jak i ja buduję moje :). Podrawiam. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 12:42 data: 2006.12.8
Się kochamy :) Nawet już razem mieszkać będziemy niebawem :)

Szeroko się nam plany realizują… A co najważniejsze – już niedługo, całkiem niedługo, i będziemy mogli cieszyć się własnym mieszkaniem, co więcej, takim, o jakim marzyliśmy razem – czyli po prostu o 360 metrach w kamienicy, gdzie będziemy mogli nawet wykusz sobie urządzić tak jak chcieliśmy – z widokiem na ulicę, cały zapchany poduszkami… Czasami myślę, że jeszcze śnię… A czasami po prostu cieszę się wszystkim i pozwalam się zaskakiwać tak losowi, jak i Arturkowi. Należy mi się, należy się jemu, w ogóle to się nam należy. Są takie dni, że po prostu wszedłbym gdzieś wysoko, bardzo bardzo wysoko, i krzyczałbym sobie z całych sił, że go kocham. Po prostu. .
Jestem w ogóle niewyspany strasznie. Ale to znowu z powodu naszych nocnych telefonów. Z których i tak za nic na świecie bym nie zrezygnował. Nie byłbym w stanie przecież spać – chociażby tej marnej godziny lub dwu godzin – gdyby nie świadomość, że właśnie skończyłem rozmowę z kimś, kto dzieli ze mną wszystko. Po prostu… Ja nawet nie wiedziałem, że zabraknie mi słów, by to wszystko móc opisać… A ostatnio brakuje mi słów, i wiem, że nie oddaję w pełni ani tego, co czuję, ani tego, co się dzieje z nami i za sprawą nas, ale z drugiej strony to i dobrze. Bo naprawdę duża część tego, co jest nasze, to faktycznie tylko dla nas jest.
Przeczytałem ostatnio na nowo odkrytym blogu, że dotyk tylko palca na drugim palcu, cudzym, może doprowadzić do orgazmu… I ja się z tym zgadzam… Ciało, które się kocha, ciało, które wyzwala w nas ogromną chemię i z niczym nieporównywalne drżenie – już samo to ciało, i najdelikatniejszy dotyk jedynie w palec nawet, już samo to jest furtką do najwyższych i najpiękniejszych doznań. I wiecie co? Ja sex kocham, ale bardziej od sexu kocham się przytulać do Artura, czuć po prostu jego ciepło, jego zapach, lubię wiedzieć, że z kimś to bezpieczeństwo dzielę i że jak mi chłodno, to sobie mogę położyć głowę na jego brzuszku i po prostu się grzać… Kocham jego ciało dotykać, nic więcej… Lubię bardzo kształt jego łydek, i wciąż – czy piszemy, czy rozmawiamy, czy jemy, czy po prostu leżymy – to ja wciąż muszę błądzić dłońmi po tych łydkach. Uwielbiam je czuć, uwielbiam znać ich każdą linię, każdą krzywiznę, każdy włosek i każde drżenie. No i Arturkowe oczy – nic piękniejszego nie ma, a i ja sam nic piękniejszego do szczęścia nie potrzebuję. Patrzeć, i patrzeć, i patrzeć, tak po prostu. Budzić się rano, i spoglądać, jak te oczy budzą się również, jak przez krótką chwilę błędne są, po czym nabierają swoistej, właściwej tylko sobie głębi i wyrazistości… A potem te oczy uśmiechają się do mnie wraz z właścicielem…
To fakt, że są rzeczy których opisać nie sposób. Ale jeśli ktokolwiek czuł kiedyś coś do drugiego człowieka, coś, co było tak pozytywne, że kolorowało świat i zmieniało wszystko wokoło, to będzie wiedział, o co mi chodzi, nawet jeśli piszę nieskładnie i nie do końca zrozumiale.
Zmykam. Mam do zrobienia sporo porządków domowych, nie wspominam o tym, że po południu jedziemy na wycieczkę „posklepową”, obejrzeć sobie panele, kafle, farby, odcienie, i mnóstwo innych rzeczy.
Buziaki dla Was. I dobrych dni. Andrea.

Komentuj(2)


godz: 11:58 data: 2006.12.6
Świeci słońce :) I dusza też świeci :)

Poranek mi się zaczął dość ciężko… I to w sumie nie wiem, dlaczego?... Hmmm nie wstałem wcale za wcześnie, raczej tak, jak wstaję zawsze… W pracy spędziłem tylko dwie godziny, bo akurat taką dziś możliwość miałem, z okazji kontroli, dość sporej, która się odbywa pod nieobecność personelu… Więc tylko kawkę wypiłem z najbliższymi pracownikami (sztuk dwie :D ), potem odwiedziłem Misiaka, no a potem już wracałem do domku, przy okazji rozmawiając z Misiakiem przez telefonik, bo bym umarł chyba w autobusie, sam, bez niego…
Imprezowy weekend dał mi tyle radości, spełnienia i dobrego humoru, że po prostu tęsknię za kolejnym weekendem… Ostatnio muszę sobie stresy związane z tygodniem odbijać na imprezach. Nie twierdzę, że to źle, bo uważam, że w obecnej sytuacji należy się nam odrobinka szaleństwa i zapomnienia, szczególnie, że tyle pracy wciąż mamy, co nas rozdziela niestety na zbyt długi okres czasu… A przecież dla nas minuta bez nas to za wiele, co dopiero mówić o całych godzinach czy nawet – niestety – dobach…
Ale trwamy, bo co innego nam zostaje? Moglibyśmy uciec na świata koniec, gdzieś do Australii lub na Wyspę Wielkanocna, i tam sobie żyć, nad morzem leżeć dnie całe, na piasku się wygrzewać, opalać sobie ciała, jeść krewetki prosto z morza i owoce prosto z drzew… Ale to by nie było dobre, taka idealność jest właściwa na wakacje może, albo na ferie, żeby dogrzać się, kiedy zimno wokoło… Na dłuższą metę nie dalibyśmy rady znieść tego nicnierobienia. Wiem o tym. Znam nas za dobrze – i siebie i Artura. Ponadto zdobycze cywilizacji to niestety coś, co kochamy razem i co daje nam poczucie bezpieczeństwa – banki, sklepy z jedzonkiem, restauracje, łazienki – szczególnie te nasze, gdzie możemy siedzieć tak długo, jak chcemy, komputery, Internet, telefony, najzwyczajniejszy z pozoru prąd elektryczny… Tam gdzieś nad brzegiem morza byłoby tego brak. Więc z tym brakiem moglibyśmy sobie poradzić przez kilka dni, może dwa tygodnie… Potem było by bardzo ciężko…
Dziś mnie słońce cieszy, bo wyjrzało zza chmur. I choć bardzo mocno wieje, to i tak jest pięknie, dopóki się szeroko okna nie otworzy. Więc go nie otwieram. Za chwilę będę produkował sobie sałatkę owocową, ale to są plany tak czy inaczej – nie wiem nawet, co będę miał na obiad, a mama zaplanowała surówkę jakąś tylko czy też sałatę, ale tym razem warzywną. Jeszcze nie wiem… Hehe wiem, że to dziwne, zastanawiać się nad samym obiadem, niby prozaiczne takie i nic nie znaczące… Ale ostatnio od obiadku zależy mój humor i wszystko inne. Najwyżej stuknę eska do Misia i czmychniemy gdzieś na obiadek, szczególnie, że mi to Miś ostatnio obiecał. No i dzisiaj będzie to można zrealizować w końcu.

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko. Tak cieplutko, jak mam w moim pokoju, przy kaloryferku i w otoczeniu słonecznych promyków, filtrowanych co prawda szybami, lecz i tym samym wzmocnionymi przez te szyby w działaniu. 3majcie się tam i samych pięknych chwil dla Was :*  Andrea :*...

Komentuj(0)


godz: 18:46 data: 2006.12.2
Zimowe piękno ukryte w drobiazgach...

Zatopiliśmy się w czasie, przestrzeni, radości i nas samych. Zatopiliśmy się w słowach, obietnicach spełnionych, w ciszy i cieple. Zatopiliśmy się w oczach własnych – ich błękicie przetykanym pasmami szarości lub ognistości piwnego blasku, otoczonego słonecznymi kręgami jaśniejszej poświaty… Przejęliśmy od siebie całość siebie, i teraz już nic nie jest w stanie zaprzeczyć temu, czego chcemy, co czujemy i jakie plany wspólne realizujemy. Nic, zupełnie nic nas już nie może odwieść od pewnych decyzji, lecz mimo to wiemy, że życie nie jest bajką ani filmem ani powieścią – może być lepiej i gorzej. Na razie nie jest, nigdy też nie było, ale nigdy to pojęcie względne i zmienne jak pogoda za oknem, odrobina stałości nie świadczy już na zawsze o tym, że będzie słońce – choć i tak nawet jak go nie ma, to jest. Jeśli więc nadejdzie burza, jak mówisz, słońce przetrwa za chmurami, w co nie wątpię – sam będę trzymał to słońce w dłoniach własnego zdecydowania.

Łato powiedzieć: kocham Cię. Pokazać – jeszcze łatwiej, co może wcale nie jest takie zadziwiające, jak było kiedyś. Bo jeśli miłość jest, to jest od razu wszystko inne – bez dwóch zdań, bez wyrzeczeń i bez komentarza.
Ostatnio zatapiamy się w sobie. Nie okrywamy się kurtyną jak kiedyś. Czekamy na reakcje świata wokoło… I zaskakujące są. Najwyraźniej młodzież niedowszechpolska to jakaś dziwna przeszłość albo coś nieobecnego u nas. W … wiadomo czym mam zresztą jakieś młodzieże niedopolskie. Mnie interesują reakcje znajomych, przyjaciół, rodziny. I bardzo pozytywne są. I nie czuć niczego w podtekście i w domyśle. Fałszywość osobiście wyczuwam z daleka, ale tutaj go nie ma na pewno :).
Nieważne. Co innego jest ważne, ale to już jest coś, co jest daleko poza wszystkimi, coś, co zrozumieć tylko ja mogę i moja kochana osoba. Radość bycia razem składa się na wszystkie niedobory, przez co i tak jest wspaniale. Jakkolwiek by nie spojrzeć na wszystko. Jesteśmy my. I więcej nikt.

3majcie się wszyscy. Tak, jak i ja się trzymam – nie sam. Buziaki. Andrea. .

Komentuj(1)


godz: 15:37 data: 2006.11.1
Pierwszy Listopad...

Jesień już minęła, wraz ze swym kolorem, pięknem, spacerami i radościami. Nastała cisza zupełna, ale cisza porywająca, cisza pełna czegoś, o czym nawet nie jesteśmy w stanie pomyśleć. Rozgrzeszenie, kara, pokuta i zupełna apokalipsa dla słabych. Jesteś słaby – marznij, trać liście i giń, usuń swe piękno, a jak silny jesteś – trwaj w nieprzyjaznej atmosferze, samotny, smutny, choć dumny, doniosły i – co najważniejsze – wciąż, wiecznie zielony…
Oplotły mnie już macki jesieni, teraz powoli, delikatnie zima dotyka mojego wnętrza… Biało, czysto, wszystko ciche, pod grubą warstwą śniegu… Ja – gdzieś wśród tej bieli, zakopany, schowany przed światem… Nie sam, ale czy dla mojego wnętrza ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Ma, i to właśnie utrzymuje mnie pod grubą warstwą cichej bieli. Nie wychodzę na zewnątrz, bo za mocne wiatry targają tą powierzchnią, zbyt zabójcze i zupełnie nieprzyjazne.
Dziś zadumy dzień, wewnętrznych rozliczeń. Wyjście to nie konieczność, ale chęć – więc wystawiam głowę ponad białe pole. Światełko nadziei błyskające za białym szkłem znicza, tak znaczące i tak bliskie – łącznik między mną, a tymi, których kochałem i kocham nadal, a których już nie ma. Smutek dzisiejszy zmieszany z radością chwil minionych, dysproporcja na szali własnej duszy, gdy wahają się dwie strony i sam nie wiem, czy tak naprawdę pełen jestem radości czy smutku. Powaga chwili i jej świętość, która kłóci się z czuciem i pożądaniem, które chce spełnienia, podczas gdy nie powinienem go chcieć… Nie teraz, nie dziś… A jednak życie trwa, i czerpać z niego należy wszystko to, co nam dobrego daje, bo dobrych chwil jakoś mniej jest niż tych niezbyt przyjemnych. Ludzie się zmieniają, nieliczni przyjaciele odchodzą w cień, w otoczeniu bólu i niezrozumienia ich zachowania. Nowe przyjaźnie, do których z dystansem już podchodzę, nie mogąc pozwolić sobie na ufność taką, jaką miałem kiedyś, co jeszcze większy ból sprawia… Naiwność dziecka, która – złamana – nie jest w stanie poradzić sobie z rzeczywistą chwilą…
I tylko Ty mnie trzymasz przy życiu, trwaniu i radości chwil upojnych. To, co nasze, jest dla nas i w nas. Żyje i daje o sobie znać – chociażby pożądaniem, które choć nie na miejscu, nasze jest i znowu: dla nas. Tajemnica skryta w oczach, gdy tańczymy razem wśród znajomych, dla których tylko i wyłącznie przyjaciółmi jesteśmy. Prawda, skryta i realizowana w cieniu, najczęściej w cieniu, bo świat nic innego nie przygotował jeszcze dla nas. Prawda i miłość, które wiodą do radości – naszej wyłącznie, ale przecież o nic innego nam nie chodziło, nic innego nie pragniemy… My, razem, na zawsze – jak twierdzimy, choć wiemy, że nigdy nic pewne nie jest i że to, co będzie, nie tylko od nas zależy i niepewne jest jak pierwsze wiosenne roztopy i pierwsze opady śniegu. My razem – na tu i teraz, jak motyl, piękny i nietrwały w swym pięknie.. Bo dzień dzisiejszy to każdy dzień jest – nasz. My, a poza nami nic więcej, bo reszta jest ponad bielą, a my pod nią, skryci i wtuleni w siebie. Radość, smutek, i nic poza tym – na razie.

Dobrych dni. Andrea.

Komentuj(1)


godz: 17:07 data: 2006.09.25
Get the week started :)

Jak to nazwać?? Jak się odnieść do tego?? Brak mi słów… :D

Zostałem dziś zabrany na „spacer”, a to oznacza, że pojechaliśmy w pewne cudowne miejsce, gdzie widok przepiękny się rozpościera, na piknik w sumie, choć na dachu wieżowca trudno nazywać jedzenie piknikiem… Dachownik zamiast piknik? Być może. Nie jest to jednak ważne, bo ważni byliśmy my :). I to co się działo po jedzeniu.

Mieliście kiedyś wrażenie, że topicie się w szczęśliwości? Że brak Wam powietrza wręcz, że każdy oddech jest przyjmowany wespół ze szczęściem, które jakoś dusi sam oddech? Bo ja tak właśnie mam…

-Popatrz, samolot. Nawet duży. – Miś mówi.

-Co ty masz z tą wielkością? – to ja.

-Nic. Lubię.

-Samoloty czy wielkość?

-Jedno z Tobą, jedno też.

-Aha. Czyli jedno i drugie?

-Aha…

Chyba za to go kocham. I za wszystko inne. Za uśmiech i za płacz, za dotyk i za jego brak, kiedy go nie ma. Za oddech na mojej twarzy, nie zamienialny na nic innego. Za dźwięk jego głosu. I za szept tego głosu w nocy do słuchawki. Za muzykę, którą mi przynosi tonami, choć twierdzi, że to ja mu ją tonami znoszę :P. Za sms-y, w których tyle jest ciepła, pożądania i radości. Nawet moja choroba mnie tak nie męczy, kiedy wiem, że on jest. Nawet mój ból jest słabszy – bo wiem, że jest to nasz wspólny ból, razem dzielony, więc nie boli tak bardzo.

Pozdrawiam Was słonecznie. Duża buźka. I dobrych dni Wam życzę.

Andrea.


Komentuj(2)


godz: 13:45 data: 2006.09.24
sunday, sunday...ooooo....

Dlaczego kocham weekendy??

- Bo czasu mamy wiele. Dla siebie.

- Bo słońce jeszcze świeci. I ciepło jest.

- Bo kiedy nie trzeba rezerwować czasu na zajęcia przyziemne i codzienne, możemy mieć siebie i własne sprawy i na dodatek możemy wykręcić się sianem od innych, że niby na rodzinnym obiedzie jesteśmy… I niby tak jest w rzeczywistości, dla nas pojęcie „rodzina” jest dość plastyczne, co więcej, definicję ma prostą i nie przesadzoną.

- Bo kiedy już śpimy wtuleni w siebie, to nie boję się, że to szybko minie, bo przecież w niedzielę można i tak wstać nawet o 13.00, wcześniej patrząc się sobie w oczy, pijąc kawkę pierwszą czy jedząc marchewki i chrupiąc sobie.

- Bo weekendy to najczęściej opcja wyjazdowa dla rodziców / rodzeństwa, przez co nasz czas jest faktycznie nasz i miejsce nawet jest, by ten czas spędzać w stopniu najwyżej zajętym i najwyżej sam na sam liczonym.

- Bo jeśli się uczyć, to dopiero w niedzielę wieczorem, i tak Mishiek da radę i się nauczy, a ten krótki skądinąd mecz i tak niewiele czasu zajmuje, a co więcej – i tak mogę być, patrzeć, krzyczeć sobie nawet i całym sobą z Mishkiem być :).

- Bo, jakby na to nie spojrzeć, weekendy są po prostu cool. Co mi się podoba strasznie i nic tego nie zmieni.

Nadmienię, że wczoraj wybraliśmy się na tak zwane – i dość popularne – kebaby. Pani pyta,  czy z ostrym sosem… Nauczeni podejściem polskiej gastronomii do słowa „ostry” poprosiliśmy o ostre sosy…

…Nie ma jak ognisty pocałunek, kiedy język drętwy i oczy pełne łez :D. Ech, kebaby ;p

Rozmowy nocą:

Miś: pająk się spuszcza.

Ja: kto się spuszcza?

Miś: no… pająk. Się spuszcza.

Ja: Dobrze, że nie jest taki duży jak Ty…

Miś: Za to oczu ma większą ilość.

Ja: Wolę Twoje jedno duże niż jego wiele dużo…

Pominąwszy, że i tak nie cierpię pająków, a ten powyższy został niestety uśmiercony w połowie drogi między sufitem a moją draceną.

To by było na tyle, z racji tego, że niedziela nijak nie może zostać zmarnowana, szczególnie kiedy takie słońce za oknem. Spadam na spacer. Buźka. – Andrea.


Komentuj(1)


godz: 19:09 data: 2006.09.21
Like a burning deep inside :D :) :*

Ostatnie dni mnie fascynują wciąż. Jakoś nie jestem nawet w stanie sobie przypomnieć, kiedy było mi tak dobrze… Chyba to pierwszy raz w życiu jest… Poezja snów, poezja nocy, poezja ciał.. Dwóch, naszych… Móc widzieć, jak on śpi… Móc go karmić… Móc obserwować orgazm w jego oczach… Czy jest cokolwiek piękniejszego od tego?? Nie – nie ma… Przynajmniej, jeśli chodzi o ziemskie życie i ziemskie uczucia. .
Móc szeptać w ucho: Kocham Cię… Móc sobie delikatnie, wargami, te ucho pocałować… Móc być, kochać, mieć, i być dla posiadania przez kogoś… Sens życia… Który jakoś tak się sam nadaje… Tykanie zegara, kiedy minuty, godziny, sekundy razem. Źrenica w źrenicę, spojrzenie w oczy, uśmiech na twarzy, i dłonie w moich dłoniach… Słoneczny spacer, kiedy karmić się możemy nawzajem… Najzwyczajniejszy sms na świecie, który z racji przynależności i podarowania tej jednej jedynej osoby do rangi doskonałości urasta, jedną inwersją, emotkiem, najprostszą kombinacją zdań… słów…
Być razem – to jak móc być wreszcie sobą. Być razem, to siebie razem nam oddawać, w części, w całości, jak wolimy i kiedy nam dobrze tyle dać i nie inaczej. Być razem, to nawet oddać wszystko. Nie tylko pocałunek i śmiech, lecz także każdą troskę i ciemną plamę na duszy. Być razem, to wspólnie kroczyć w swych obranych celach, niby osobno, a zawsze razem, zawsze tak samo, noga przy nodze i dłoń przy dłoni i twarz przy twarzy i tak bez końca…
Jestem zakochany. Z-A-K-O-C-H-A-N-Y :).
Pozdrawiam Wszystkich. Dobrych dni Wam życzę. I wszystkiego dobrego. Andrea.

Komentuj(2)


godz: 12:19 data: 2006.09.16
Mija sobie słoneczny wrzesień :)

Chwila czasu pośród całych zajętych i męczących i wyjątkowo zapracowanych dni… Chwila czasu dla Was, chwila czasu dla mnie :). A jednak, wciąż i zawsze, nawet, gdy mnie tu nie było, każdy inny blog był w myślach i komentarzach. Przynajmniej tyle mogłem dla Was zrobić, w chwili, gdy nie miałem czasu u siebie nic pisać.

Nie no, oczywiście, że brak czasu to żadne wytłumaczenie. Ale żeby notka powstać mogła, to już jest troszkę więcej czynników do tego potrzebne, kto pisze, i stara się, by to jego pisanie było oryginalne, ciekawe i pełne wyjątkowości, ten wie, o co mi chodzi.

Ostatnio z Misiakiem biegam na mecze :P Całkiem ciekawe to wszystko jest od kuchni – kiedy widzę te nerwowe przygotowania, kiedy jestem świadkiem układania strategii czy jakichś wielkich konspiracyjnych rozmów dotyczących zmiany sygnałów ręcznych tudzież twarzowych :D. Ogólnie jednak w całych tych meczach i wszystkim, co im towarzyszy, kocham jedno – kiedy na trybunach wariują ludzie, a szczególnie kobiety, których przecież sporo się na meczach zjawia, a w przerwie Misiak przychodzi do mnie do pierwszego rzędu i przytula się do mnie i gadamy sobie… I jakoś tak wokół nas robi się cicho… Nieważne. Niech myślą, niech patrzą. Nie od tego jesteśmy razem, żebyśmy nie mogli razem się przytulać, całować czy na spacery wspólne chodzić za ręce. .

Wczoraj z kolei był tak cudowny dzień… Stało się coś tak pięknego… Że nie mogłem usnąć do mniej więcej 4 nad ranem… Potem oczywiście było ciężko wstać, ale to nieważne. Ja uwielbiam po prostu te drobne chwile, które pokazują – czymś z pozoru nikłym i mało ważnym – jak bardzo dla siebie jesteśmy ważni i ile dla siebie z Misiakiem znaczymy. To wystarcza za wszystko, to sprawia, że jakoś tak uśmiech sam mi się na twarzy pojawia.

Ponadto cały ten tydzień obecny, który już mija, spędziłem z przyjaciółmi – kiedy tylko miałem wolnego chwilę. I tak zwiedziłem każdy najpiękniejszy skrawek miasta, a znowu numerem jeden były Trzy Stawy i Katowicki Park Leśny. Mało, że jest tam pięknie, to jeszcze ukryć się można przed światem w wielu ciekawych miejscach :P. I przeżyć w tym ukryciu można wszystko, co możliwe…

Heh, w ogóle to – tak a propos tych Trzech Stawów – chcemy się wybrać z Misiakiem na lot samolotem sportowym. Z akrobacjami, oczywiście… Nie wiem, jak to się skończy, no ale już jesteśmy zdecydowani :D. Najwyżej zaopatrzymy się w spory worek :D.

Pozdrowienia dla Wszystkich, szczególnie dla Tomcia, który ostatnio bardzo mi humor poprawił, dla Małego Księcia, z którym rozmowy są jak nektar bogów, tak pięknie i tak szybko stawiają na nogi i pozwalają na uśmiech, no i Insomniaka pozdrawiam, Big Fuuta się znaczy. Oby Wszystkim się układało, oby przynajmniej była w życiu każdego z Was ta chwila zarezerwowana wyłącznie na uśmiech.

Pozdrawiam Wszystkich raz jeszcze. Buziaki. Andrea. :* :* :* :* :* :*

Komentuj(1)


godz: 12:47 data: 2006.08.31
Roczek Bloga :) I radość wielka :)

Witam Miśki :)
W sumie, właściwie, generalnie i zasadniczo... To dziś jest 31 sierpień, a 29 minął rok od założenia przeze mnie Bloga (sierpnia oczywiście 29-go).

Tak w zamyśleniu pozostając, dochodzę do wniosku, że nawet jeśli nie jest ten blog jakimś ewenementem, nawet jeśli brak tu tłumów odwiedzających mnie ludzi, to jednak duża radość budzi się w otoczeniu świadomości takiego faktu, że ktokolwiek tutaj przebywa, że czytają to ludzie naprawdę wybrani, maleńka garstka w morzu nieświadomych, nawet kobiety, które wpadają tu niby przez przypadek, ale zawsze coś musi je tu ściągnąć - ot, taki szósty zmysł w najlepszym wydaniu :).
Dzięki zresztą mojemu blogowi znam Bruna, znam Big Foota, Księcia Małego, Grzegorza, fascynuję się życiem i pismem wielu ludzi, w tym Innego Chłopca, Cristoforo, Jakieśtotoinnetakie'go :D i wielu wielu innych. Mogłem bardzo się rozczarować Shakespearem... Ale przecież każdy ma swoje filozofie, a łatwo jest w necie wrzucać ludzi w szufladki i kratki własnych blogów i statystyk, skoro się tych ludzi nie zna... Tym niemniej Shakespeare wciąż zostanie jako ten pierwszy, jako pierwszy blog dodany do linków, pierwszy blog z fascynacją czytany, pierwszy ktoś, virtualny, z kim prowadziłem rozmowę :) Za ten cały rok dziękuje Wam :) Być moze bywam tu rzadko, ale bywam. :)

A ja dopiero co sobie wstałem, przetarłem oczka, no i patrząc za okno, doszedłem do prostego wniosku - że świeci słońce, bo coś za jasno jest :D.
Wspomnienia ostatniego tygodnia uśmiech na Twarzy powodują. Z Arturkiem realizujemy pomysły, które jakoś tak tkwiły w nas od dawna. Ale to w sumie takie niby drobnostki są, a cieszą bardzo. Chodziliśmy na przykład ostatnio po Silesii za ręce - pewnie, że niektórzy się patrzyli ze stanem skrajnego zdziwienia i irytacji w oczach, ale większość ludzi jakoś nie zwróciła na to uwagi... Potem seansik w Cinema City i dwie godziny przytulania bez przerwy, z zupełnym ignorowaniem wszystkiego i wszystkich dookoła. A potem jeszcze kolacja w Pizza Hut, i patrzenie sobie w oczy, i trzymanie się za ręce... Jak to mówi Arturek, kto chemię czuje i dla kogo odgrywa ona w życiu ważną i piękną rolę, to zauważy, co między nami jest. Tak że o ignorantów się obawiać nie musimy :). Chyba i tak wystarczy, że mamy siebie. Nasze wspólne wypady. Gdziekolwiek. Nasze wspólne kawy i patrzenie za okno, szczególnie, kiedy pada, a ostatnio ciągle pada :) Nasze pisanie i nasze czytanie, razem - na zmianę. Nasze noce wspólne, spacery w las, w których to spacerach niekoniecznie chodzi o same spacery... Sex, który w zasadzie na nowo odkrywam i pozostaję w zdziwieniu ogromnym, że tak można, że tak się da, że jest tyle rzeczy, których jeszcze nie dane mi było posmakować i poczuć.

czyli, po prostu...

Nasze szczęście, które sobie trwa, które jest, które mnie karmi, i Artura też karmi... Zmiana jest wielka, bo nawet Tomcio zauważył, że coś jest w moich oczach, co wielką radość zdradza, ale - jak to określił - to takie zadziorne "coś" jest, coś, co udaje, że jest grzeczne i miłe, a jest zupełnie na odwrót, bo to coś urwało się z łańcucha samotności i teraz grzeszy sobie na prawo i lewo... Wiem, że to takie tylko obrazowe Tomcia przedstawienie sprawy, no ale ... po części się z nim zgadzam... Cicha woda brzegi rwie... A u mnie to tak teraz jest :P. Tym niemniej dobrze mi z tym, więc nie narzekam :)

Na ostatniej imprezie działkowej u znajomych, w zeszły piątek, udało się nam ukryć na półtorej godziny przed przyjaciółmi, co wcale takie proste nie było. I podczas półtoragodzinnej chwili spotkania daliśmy z siebie wszystko... Heh, już widzę Wasz cwany, lisowy uśmiech... Nie no, ok, był sex, ale w sumie jako zwieńczenie czegoś innego... Bo chyba bodaj po raz pierwszy od naszego wspólnego bycia razem rozmawialiśmy ze sobą tak na poważnie, tak wyjątkowo, i tak - szczerze. Dlatego humor mam cudowny, patrzę się w niebo, cieszy mnie słońce, jego brak też mnie cieszy, deszcz mnie cieszy, czy są krople czy nie, a świadomość tego, że jest ktoś, gdzieś, niedaleko zupełnie, kto mnie kocha i wysyła mi stęsknione eski, i dzwoni o drugiej w nocy, żeby do czwartej rozmawiać, i udaje w pracy, że pali, bo wtedy może sobie wybiec na tarasy i zadzwonić do mnie, że jest ktoś, kto jak nikt inny potrafi mnie dotknąć, pocałować, zaprowadzić tam, gdzie nigdy jeszcze nie byłem, kto kupuje zestawy w Mc Donnaldzie i dzwoni do mnie, że jedzie po mnie taksówka, mam wsiadać i nie pytać o co chodzi, i się okazuje, że mnie taksówka na Trzy Stawy zawozi, a Arturek czeka na mnie na trawie z jedzonkiem moim ulubionym.... Że jest ktoś, kto o pierwszej w nocy jest w stanie pukać w moje okno i wchodzić do mnie chociażby na 30 minut, żeby razem pobyć, ktoś, kto poza mną ma i pracę, i treningi, i mnóstwo innych zajęć, a to chyba ja zajmuję jemu, jak i on mi, czasu najwięcej... W głowie mi się kręci i cieszę się i jakoś tak sam sobie jestem w stanie łezki wycierać - takie łezki szczęścia :)

Zmykam na kawkę. I koniecznie muszę zadzwonić do Arturka, bo tak jakoś od samego pisania mnie się ogień narodził znowu w brzuszku... :) 3majcie się i dziękuję Wam za cały ten rok, który moglem z Wami spędzić. Duuuuuża buźka - Andrea :*:*:*:*:*:*:*

Ps. Dobrych dni Wam życzę, samych radosnych. I dużo słońca :*.

Komentuj(1)


godz: 13:13 data: 2006.08.5
HEy hey Hey :)

Jest mi strasznie i przeraźliwie zimno, i gdyby nie Misiek, to bym chyba zmarł z zimna... No ale Arturek jak nikt inny potrafi mnie ogrzać, rozgrzać i sprawić, że moje stopy nie przypominają kawałków lodu :).

Mam kilka ważnych spraw do zrobienia, do skończenia, do realizacji. Zasadniczo to nie jestem pewien, czy mi się uda... Ale teraz nie działam sam :). Co budzi nie tylko radość, ale też i głęboką nadzieję oraz świadomość tego, że dwie dusze i dwa umysły działają w jednym kierunku, podwajając szanse na wygraną.

Ostatnio w ogóle Arturek mnie zaskakuje... Zadzwonił do mnie na przykład dwa dni temu o trzeciej w nocy, z informacją, że stoi pod moim oknem, i żebym wyszedł. Poprosiłem o pięć minut, no bo raczej musiałem się ubrać. Po piętnastu minutach spaceru znaleźliśmy się w lesie, a przez te piętnaście minut niczego mi nie chciał Misiek wyjaśnić... No i się okazało już w końcu w tym lesie... O co chodziło. To już było widać wokoło - wszędzie latały sobie świetliki, cicho tnąc powietrze swoimi ciałkami. Dla mnie było to podwójnie piękne, bo przecież o tym, że bardzo lubię świetliki, że mi się podobają tak samoistnie i że po prostu mam do nich wielki sentyment, mówiłem Arturkowi gdzieś w połowie kwietnia, i to tylko raz, i to tylko mimochodem...

Przyznam się również, że coraz więcej siebie oddajemy sobie :). A ja poznaję jego smaki i zapachy od tej intymnej, bardzo bliskiej strony - podobnie jak on sam poznaje mnie coraz bliżej. Wygląda to inaczej, niż w moich marzeniach i wobrażeniach, inaczej niż sobie to kiedyś układałem i reżyserowałem... Ale za to wygląda to piękniej, niżbym kiedykolwiek przypuszczał i jest tego o wiele więcej, niżbym kiedykolwiek liczył...

W zasadzie wszystko dzieje się za sprawą - czy raczej dzięki temu, a nie za sprawą, ale to nieważne, poza tym moment... Bo zamieszałem...
Chodzi o to, że całość naszego postrzegania i lawinę ruszającą nasz związek do przodu stanowił jeden mały niepozorny, przez przypadek (naprawdę przez przypadek) umówiony spacer. My się teraz śmiejemy z tego przypadku :). No ale zasadniczo jest tak, że się śmiejemy z miłych przypadków :). I dobrze :)

Dziś mamy małą imprezę, najpierw w gronie przyjaciół, później zmykamy na małe sam na sam... Małe i długie... Las i świetliki może będą znowu, ale muszę wygrzebać z szafy moją ciepłą kurteczkę ze srebrnym liskiem, bo naprawdę jest bardzo bardzo zimno.

Pozdrawiam Wszystkich i buziaki przesyłam i dobrych dni życzę :)

Andrea.


Komentuj(3)


godz: 18:45 data: 2006.07.31
KOniec Lipca...

Urwał mi się świat. Ale działo się podczas tego urwania bardzo wiele... Nie zmienia to faktu, że jest w sumie mi ostatnio kosmicznie dobrze. Nie można mówić o wielkiej miłości, nie można mówić o związku jakimś dłuuugim i na lata... Na razie nic nie można. Poznajemy się dopiero, dopiero odkrywamy każdy skrawek pożądania, jakie nam daje to drugie ciało. Co więcej - a może i najwięcej - całe noce są dla nas, nieważna jest praca, obowiązki, nic ważne nie jest, tylko nasze rozmowy. Dające tyle radości, jak nic nigdy do tej pory.

To fakt. Na każde szczęście trzeba poczekać odpowiednią ilość czasu. I to jest chyba najważniejsze, jeśli o uczucia chodzi. Lepiej to zrozumie głody, niż najedzony...

Moja druga polowa - bo tak chyba już go mogę nazwać :) - ma niecałe 19 latek, nosi moje ulubione imię, a co najważniejsze - ma piękne, zielone oczy i takie ząbki, że po prostu już samo patrzenie mnie roztapia. Do tego ma śliczne piegi, niewiele, ale wystarczą, żeby wyglądał dzięki nim niesamowicie sexownie. Ma też świetnie zbudowane nogi, jak zawodowy piłkarz, no i tyłeczek taki, jaki się zdarza jeden na milion... Osobiście więc mogę raczej się uważać za szczęściarza. A może nie tyle za szczęściarza, co po prostu wiem, że to, na co czekałem, a co się spełniło, jest w pełni zasłużone i w pełni dla mnie.

Dzięki niemu odkryłem w sobie kogoś zupelnie innego, kroczę sobie światem z uśmiechem na twarzy i z wysoko podniesioną głową. Jest mi dobrze i po prostu jestem szczęśliwy, bo wiem, że nie dzielę mojego życia między samego siebie, ale między kogoś jeszcze innego. A to jest najważniejsze.

Pozdrawiam wszystkich i przesyłam gorące buziaki :) Takie szczęśliwe.

Mały Książe... Wiem, że ciężko jest się rozstawać, ale myślę, że dacie sobie radę :) Ty i Twój Facet :) I chociaż przy rozłące każda sekunda to wieczność, to jestem pewien, że wytrzymacie te kilka tygodni. POzdrówka :)

Andrea :)

Komentuj(3)


godz: 22:23 data: 2006.05.28
Świat się zmienił… Pewnie tak… A ja?? :/

Znowu czas mi stanął w miejscu. Znowu… Ojej, ja chyba za bardzo jednak pokładam ufność temu, co w środku mnie… I nie zawsze wychodzi mi to na dobre… W każdym razie, obecnie już mi lepiej. I pewnie dlatego piszę :P.
Zaskakuję samego siebie. Tym, co w środku… Tym, co sprawia, że uczucia otaczają mnie jak mało kiedy. To nic dziwnego zresztą, ale staje się to powoli męczące. Mam obok mnie dwóch genialnych i ślicznych i w pełni mi odpowiadających facetów… Tyle, że do żadnego z nich nie mam pewności, czy to jest akurat ktoś, komu mógłbym zaproponować cokolwiek… Znowu ten czas, znowu oczekiwanie, znowu podchody… To trudne jest, siłą rzeczy… Nikt nie zjawia się taki, kto sam by próbował coś we mnie dostrzec, jakoś mnie poderwać… Może ja już unikam ludzi?? Nie… Może nie mam ochoty na nic… Też nie… Więc sam już nie wiem, o co chodzi i jak to się dzieje, że tak długo już jestem sam, a cokolwiek bym nie chciał, i tak nic z tego nie wynika, nic się nie dzieje… Tak to już jest. Nie zmienię tego…
Tonę, cholera, a nawet z daleka nie widać żadnego lądu… Żadnej nadziei… Żadnej?? Hehe – osatnio sam dla siebie jestem nadzieją. I niech na razie tak zostanie. Kiedyś będzie dobrze :D. Nawet starość zasługuje na romantyczność :).

Pozdrawiam. Andrea. Dobrych dni życzę.

Komentuj(2)


godz: 23:30 data: 2006.05.8
Miły dzień dla oka. :)

Ojoj… Widziałem się dziś z kimś wyjątkowym… W sumie to nie od dawna się znamy, łączą nas raczej jedynie interesy lekkie, ale ten ktoś jest niesamowicie wyjątkowym ktosiem… Wiem, że to stuprocentowy kobieciarz, wiem, że nawet w największych marzeniach to i tak nic z tego, ale on jest po prostu genialnym człowiekiem pod każdym względem. Nie chodzi już o sam wygląd, a naprawdę ma nietuzinkowy. Także jego charakter, sposób bycia, sposób mówienia… Kolejny ideał do skreślenia… Dziwnie zawsze muszę trafić z tymi moimi wpadającymi mi od razu w oko i w serce facetami… A jednak miło jest móc popatrzeć sobie na kogoś, kto by mi odpowiadał pod każdym względem, od tak po prostu, bez żadnych wymogów. Miło…
Dzień ponadto spędzony miło. Wielu dobrych znajomych mnie odwiedziło, troszkę pracowicie było do południa a nawet po południu, potem na sam wieczór spotkałem dawnego przyjaciela, który kiedyś zranił mnie potwornie… Jakoś do dziś to czuję, a wydawało mi się, że szybko jakoś umierają we mnie urazy. Najwyraźniej się myliłem…
Inny mój ukochany ludek znowu sam został, a mnie to bardzo boli, bo bardzo wiele ten ludek dla mnie znaczy… I nawet nie mam jak kontaktu z nim złapać, więc jutro muszę szybciutko coś wymyślić, żeby chociażby pobyć z nim i móc go lekko podnieść na duchu. Taka sytuacja wymaga obecności kogoś, komu można chociażby się zwierzyć, a jeśli nie, to przynajmniej pobyć z kimś, żeby nie być samemu. Znam to osobiście i wiem, jak to jest ważne.
Poczytam sobie zaraz, porysuję albo nawet pędzle do ręki wezmę, coś mnie ostatnio nosi, żeby coś potworzyć… A potem pójdę sobie spać, i mam tylko nadzieję, że nic mi się nie będzie śniło. Bo trudno śnić w samotności. Pozdówka dla Was i dobrych dni. Andrea.

Komentuj(1)


godz: 19:00 data: 2006.05.7
Uncolorfull.. I nic więcej...

Zabrakło mi jasności umysłu ostatnio. Nic w tym dziwnego, samotność tworzy takie rzeczy w naszych wnętrzach, że sami siebie nie poznajemy… Jakoś we mnie walczą ostatnio chęci z rozsądkiem i wolność ze zniewoleniem. Drażni mnie świat wokół mnie i ludzie na tym świecie, nie jestem w stanie odnaleźć siebie, gdzieś się sobie zgubiłem, w środku, na ścieżkach myśli i planów. Kolory mi wyblakły, same szarości i biele zostały, rozmyte, nic nie znaczące, puste i chłodne. Ogromna niepewność, że to, co wybrałem, jednak nie jest tym, co wybrać powinienem… Każde słowo zdaje się być nie moje, obce, każda myśl i każda fascynacja bardziej bolą niż dają radość. Uśmiech to tylko tapeta, kryjówka dla prawdy, lekki tynk na obłupanych cegłach mnie samego. Trudno się trzymać w pionie, kiedy tak od lat wspierany i umacniany fundament własnego bycia skruszył się, zniszczył, a ja sam pochylam się na nim i niepewnie trzymam gruntu. Niby wiem, że jakieś zmiany są konieczne, niby wiem, że życie jest tylko ( i aż ) życiem, a jednak po raz kolejny jedno niepowodzenie odebrało mi wszystko. Los mnie oszukał, oszukał mnie po raz kolejny drugi człowiek, istota doskonała w moich oczach, która znowu okazała się być w cale nie taką doskonałą. W tej sytuacji samotność wydaje się być wyjściem najlepszym i jedynym. Ale rodzi się też bunt, bo samotność o tyle jest kusząca, o ile nam jej czasami brakuje. Kiedy jest stałym składnikiem życia, już nie jest taka miła i powabna. Samotność może oznaczać odpoczynek, ale tylko może. W nadmiarze jest potwornym wysiłkiem, opanowuje wnętrze i nie pozwala na prawdziwy uśmiech. Zmusza do ciągłego myślenia, do kontrolowania siebie samego, kiedy perspektywa niemożliwego zderza się z żądzami i chęcią zrobienia czegoś więcej z kimś, kto zupełnie nie jest taki, jak ja, nie mówiąc już o orientacji, lecz zagłębiając się w te ukryte pokłady duszy, które regulują to, co się kocha i w jaki sposób, co nas fascynuje i dzięki czemu jeszcze możemy trwać. Sama ciężkość życia nie wynika chyba z tego, kim się jest, lecz raczej z tego, na jak wielką samotność się jest skazanym. Mój wybór drogi życiowej dokonał się dawno, to, co mnie w życiu podnieca, co wyznacza tory moich marzeń i snów, jest dla mnie naturalne. Ale nienaturalnym pozostanie wciąż to, że życie skazało mnie na tak długą i tak zimną samotność. Że nawet chwile szczęścia u mnie są odliczane jedynie mikroskalą, drobną w porównaniu z całą resztą moich ziemskich dni. Trud życia wyzwala, owszem, wolę walki i determinację. Ale samotność życia nie wyzwala niczego ponad rezygnację, która potrafi zatruć każdą dobrą część mnie, każdy uśmiech i każdą perspektywę zmian. Pozostaje czekać, ale czekanie też już mi się przejadło, więc sam nie wiem, co mi pozostaje… Jak na razie to chyba tylko życzyć Wam większej niż moja radości, bardziej prawdziwej i bliskiej temu, co czujecie. Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(1)


godz: 16:59 data: 2006.05.3
Po majowym weekendzie :)

Więc tak… Żeby nie było – majówka już za mną. Co więcej, spędzona miło, wyjątkowo, a przede wszystkim rodzinnie, czego było mi potrzeba od dłuższego już czasu. Co jak co, ale zapracowany byłem maxymalnie, a przez to całe zapracowanie zapomniałem o wielu rzeczach i wielu sprawach. Tym niemniej aktualnie jestem wypoczęty, na dodatek pełen humoru i pełen nowych planów, przez co mój humor się poprawił w stopniu szerokim. Uczucie się we mnie utrzymuje, a to też dobrze. Samotne jest i jednostronne, ale to też dobrze. Trzeba wiedzieć, że się żyje. A nie tylko liczyć na same plusy, kiedy to też te minusy i ciężkie chwile są składnikiem codzienności. Ja nie narzekam. Taki stan rzeczy, jaki nastał, jest dla mnie cudem samym w sobie. Mam ciszę, spokój, no a przede wszystkim jestem wolny. Niby wcale nie powinno mnie to cieszyć, niby kolejny raz rozpadły mi się wszelkie moje plany, ale nie jestem złej myśli. Teraz tylko muszę pomyśleć o sobie, o tym, co dla mnie ważne. Chyba jednak te pięć dni oderwania od rzeczywistości codziennej dużo mi pomogło. Pozdrawiam wszystkich. Na razie nic więcej nie mam do dodania, może tylko tyle, że nawet smutek, o ile dobrze jest wykorzystany, może dać nam radość. Mi dał, a to przecież najważniejsze. Buziaki. Andrea.

Komentuj(0)


godz: 18:51 data: 2006.04.4
Kolejna przerwa i kolejne zmiany.

Kolejny raz blog mi się zaciął na dosyć długi okres czasu. Pewnie tęsknota za wiosną, w końcu jej od dawna oczekiwana explozja tak mną zawładnęły. Jakby na to nie spojrzeć, przepracowałem się też maxymalnie, co za tym idzie – siadło mi zdrowie do samego końca… I teraz mam rekonwalescencję przymusową. Też w końcu się przydaje. Najpierw zresztą ja leczyłem Misia, teraz Miś będzie leczył mnie.

A propos nas… :) To jest kolorowo. I tylko tyle napiszę, bo nie zapeszam. :)

Perspektywy niedalekiego wreszcie lata przedstawiają się pięknie, pięknie jest na świecie, pięknie jest we mnie :). To piękno sprzedaję jak tylko mogę i gdzie mogę.

No a poza tym – moje plany życiowe nabrały sensu i koloru. Nie znaczy to, że jest w ogóle kolorowo, bo wiele przede mną pracy. Ale jest maxymalnie miło.

Pozdrawiam Wielką Stopę, bardzo ciepło i wiosennie, Księcia Małego, Sna (20) i wszystkich innych. Niech nas łączy zapach wiosny i wiosenny wietrzyk też:). Jak tu się zjawi taki z gór, to będę wiedział, że już ktoś się nim cieszył. Pozdrawiam. Andrea.

Komentuj(3)


godz: 19:26 data: 2006.03.10
Pełnia szczęścia, a przynajmniej piękny piękna początek :)

Zacznę od tego, że wczorajszy dzień był po prostu piękny!! Doskonały w każdym calu!! Na początku był pracowity, a potem doszedłem do wniosku, że już po prostu luzuję. I w tym czasie doszedł do mnie esek od Misia, że Miś wpadnie do mnie na kawkę, fajeczkę i na filmika. No i faktycznie, zjawił się, mnie jak zwykle pokręciło, bo ubrany był po prostu ślicznie, w białe spodenki, białą bluzę, co w zestawieniu z jego pięknymi oczyma i opalenizną daje w sumie efekt niemalże doskonały… No i pobiegłem robić kawkę, nie zwracając nawet uwagi na to, że kompik włączony był i wszystko na nim otwarte, od gadu poprzez blogi aż do pewnego tajemnego forum… No nic, bo robiłem nam kawunię, no i kiedy wróciłem, Misiek jakiś taki odmieniony był, uśmiechał się do mnie, a najciekawsze jest to, że wziął kubeczek ze swoją kawą, napił się, i przysunął kubeczek do mnie… No więc też się napiłem, tyle, że z jego kubeczka… No i po chwili rozmowy Miś mnie poinformował, że mam komenta od niego na blogu… Więc ja sprawdziłem bloga, tego drugiego co mam, a tam nic… I już mi się ciśnienie podniosło… Sprawdziłem bloga właściwego, księgę gości… I wpadłem w szok… Spojrzałem na Miśka, któremu przecież jeszcze nigdy tak dosłownie nie powiedziałem o sobie, i zapytałem: „Czytałeś w ogóle tego bloga?”. Miś zrobił słodką niewinną minkę i mówi: „Czytałem….” Zapytałem więc: I co?? A Miś na to: Nic…

I… I zbliżył się do mnie, i położył mi dłoń na ramieniu, i spojrzał tymi swoimi pięknymi oczyma w moje oczy… I sprezentował mi pocałunek, taki pocałunek, który owładną mną od samych palców u nóżek aż po włosy… I myślałem, że się po prostu rozpłynę, i myślałem, że to coś najpiękniejszego, co mnie mogło spotkać w życiu…

Myliłem się, oczywiście. Bo Miś, jak tylko już napoił mnie kawką ( a ja jego) wymyślił, że idziemy na spacerek… I tak po pół godzinie znaleźliśmy się w lesie, nad brzegiem stawu, gdzie tylko śnieg, i chłód, a tuż obok my, wcale już nie tacy chłodni jak otoczenie… Oj, więcej szczegółów nie mogę zdradzić, więcej nic napisać nie mogę, ale szczęście, które mnie otoczyło, jest wielkie, potężne, a co najważniejsze – w pełni na pewno zasłużone… Mam w sobie taką radość, że z całą pewnością byłbym w stanie zarażać nią każdego, kogo bym dotknął :D. Po prostu… Po prostu nie wierzę. Tak sobie dziś czytałem moje stare notki i nie wierzę, że ten stęskniony uczucia i bliskości, zgaszony i smutny człowiek to byłem ja do niedawna… Otrzymałem przepiękny dar od losu, a może po prostu to był taki dar… po prostu… Sam nie wiem… Z Misiem po prostu jest cudownie, pięknie i niesamowicie, i choć to jest tak świeżutkie, to po prostu jest pięknie. Nie ma co, ja się z Misiem znam ponad dwa lata, prawie trzy… Och, gdybym wcześniej wpadł na to, że mogę mu po prostu powiedzieć o sobie… Albo gdyby on na taki pomysł wpadł… Ale najwyraźniej stało się tak, jak się miało stać, dokładnie tak i nic poza tym. Jakoś na razie nie myślę jeszcze o tym głębiej, na razie daję sobie czas na to, żeby to, co się stało, jakoś do mnie dotarło, jakoś mnie otoczyło wspomnieniem, jakoś po prostu się urzeczywistniło. Pięknie jest i to się liczy.

Poza tym to jestem smutny troszkę, bo pewna cudowna kobieta, pewien największy bodaj symbol polskości, optymizmu i życia w radości, Hanka Bielicka, nie żyje… Bardzo przykro słyszeć coś takiego, trudno sobie w ogóle wyobrazić, by ktoś taki mógł już nie żyć… A jednak, życie to życie, wieczne nie jest niestety… Tylko smutno bardzo jest, mimo wszystko.

Pozdrówka dla Was, i wszystkiego dobrego :*. Szczególnie pozdrawiam Wielką Stopę, Sna(tego 20 : ) ), Mateushka, no i oczywiście pewnego Maleńkiego Księcia na końcu świata. Dziękuję Wam za notki, za obecność, za to, że przynajmniej wirtualnie możemy się cieszyć razem z naszych małych radości i razem możemy sobie pomagać w chwilach trudniejszych. Dobrych dni – Andrea.

Komentuj(4)


godz: 14:54 data: 2006.03.7
(Nie)pracowity dzień :) Słoneczny :)

Poranek był śliczny. Słoneczny. Do tego na mojej komórce odkryłem sms’ka od mojego kochanego ludzika. Na dzień dobry. I faktycznie dzień stał się dobry, co mnie od razu rozanieliło niemalże. Tak teraz sobie właśnie myślę, jak wiele szczęścia w życiu mam, mimo wszystko. I jak często widzę (chcę widzieć????????) wyłącznie te złe życia strony. A jednak… To wcale nie tak, bo przecież piękne rzeczy i piękne chwile stają się, dzieją się ciągle, tylko trzeba umieć je dostrzec. Kiedyś było mi z tym ciężko, teraz jakoś mi z tym idzie lepiej. Bardzo często łapię się na tym, że myślę o tym, co było. Czy to dobrze, czy źle – nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Teraz daje mi to w sumie też dużo radości, nawet kiedy myślę o tych złych chwilach, to poprzez pryzmat wspomnień o nich mogę dostrzec w sobie zmiany. Te na lepsze. A na dodatek mogę rozliczyć się z przeszłością – bez bólu już i bez przykrych chwil załamania. Choć i one były mi kiedyś potrzebne, żebym mógł dojść do tego, co mam teraz.

|-> Od samego rana, zamiast zająć się tym, co ważne, krążę po blogach. Ale to jest też bardzo konstruktywne, i uważam, że praca może poczekać. To jest niesamowite, poznać tyle myśli, tyle ludzkich punktów widzenia, tyle sposobów na bycie gejem, na uświadomienie tego sobie, na umiejętność poradzenia sobie w życiu. Dobrze wiedzieć, że się nie jest samemu w wątpliwościach i że nie tylko ja mam takie a nie inne pytania wobec siebie, życia, świata, religii. To jest budujące, bardzo budujące, bo naprawdę wydaje mi się, że ostatnio ludzie się cofają jeśli chodzi o świadomość istnienia miłości homo czy już tolerancji w ogóle… Ale to nie moja rola oceniać, tym niemniej… Trudno jest być i patrzeć na to, co się dzieje. Ale to w sumie nie mój kłopot. Kilkoro ludzi takich w moim życiu mam, że gdyby nie oni to pewnie i mnie by nie było dzisiaj. Za to im wdzięczny jestem. Bardzo.

|-> Dzisiejsze plany mam szerokie. Czekam tylko, aż Misio wróci ze szkoły i będziemy mogli się zobaczyć. I znowu herbatka będzie, i fajeczka, i lody wiśniowe, i nawet jeśli będzie krótko, to będzie znowu dłużej, bo dzień jest długi a możliwość spotkań względnie nieograniczona… : ) I tylko sobie myślę, jak wielkie szczęście mnie dopadło – bo mam miłość, mam chęć, mam pragnienia i mam radość ogromną, którą chciałbym obdarować świat cały… Pozdrawiam Was i życzę dobrych dni. Dobrych chwil. Dobrych sekund. Dobrych uniesień. Dobrych uczuć i dobrych ludzi na Waszej drodze : ). Duża buźka – Andrea.

Komentuj(2)


godz: 22:59 data: 2006.03.6
Cette une belle journe :) Pięknie jest :)

I kolejna długa przerwa w pisaniu… Nie dlatego, że było mi dobrze albo że gdzieś wypoczywałem, po prostu – i niestety – mam taki nawał pracy, że już nie nadążam, a coś takiego jak wyspanie się to u mnie kosmos czysty. Ale nie narzekam, bo kocham aktywność na polu edukacyjno-zawodowo-pomocowym. Że to tak ujmę. |-> U mnie ostatnio jakoś panuje lekki wewnętrzny spokój, choć podsycany tęsknotą za pewnym wyjątkowym człowiekiem… Nawet nie wiem, na jakiej zasadzie buduje się moje do niego uczucie, w jaki sposób to się dzieje, że jego zapach, jego uśmiech, jego oczy, jego spojrzenie, jego głos, i dotyk – częsty ostatnio – i jego po prostu bycie są dla mnie czymś tak niesamowicie wprost potrzebnym do życia. Fakt, że wielka tęsknota i niespełnienie wielkie bolą mnie potężnie, ale taki ból jest niczym w porównaniu z radością, która się u mnie rozwija, rośnie, wprowadza mnie na zupełnie mi do tej pory nieznane tereny… Ja po prostu JESTEM ZAKOCHANY, i tak mi z tym dobrze, że aż wewnętrznie kwitnę. A dwie rzeczy cieszą mnie najbardziej. Pierwsza to taka rzecz jest, że kiedyś widywaliśmy się niezmiernie rzadko, a teraz praktycznie codziennie i to po kilka razy w ciągu dnia nawet, od tak, żeby sobie chociaż zapalić razem. Druga rzecz… Cóż… Druga rzecz jest o wiele głębsza, bo mój cudowny wewnętrzny szóstozmysłowy sonar podpowiada mi, że ten człowiek ma takie samo jak ja wyobrażenie o miłości i o partnerze. Tym niemniej w stu procentach pewien być nie mogę, ale już niedługo pewna od dawna planowana rozmowa stanie się rzeczywistością i będę wiedział wszystko. Wszystko to, czego potrzebuję, albo być może my razem potrzebujemy, żeby zbudować sobie nasz skrawek szczęścia na tej ziemi. Zresztą, czy skrawek?? Ogromny obszar, cholera, wielkie szczęście, całe kontynenty szczęścia! Ja do tej pory tak bardzo byłem przygaszony, tak bardzo zniszczony przez wieloletnią samotność, tak mało oczekujący od życia i od drugiego człowieka, że po prostu wystarczały mi jakieś drobiazgi, by się cieszyć. A tak nie może być! Koniec już z takim myśleniem. Mam szansę na wielkie szczęście, i wykorzystam je z całą mocą swych możliwości i możliwości mojego ukochanego ludzika. Takie właśnie mam postanowienie, takie jest moje marzenie, i taka może być rzeczywistość niebawem. Chociaż to, jak będzie, okaże się dopiero. Ale ja osobiście wierzę w moje uczucie, wierzę w mojego Ludzika, i wierzę w nas i w to, że w końcu i dla mnie nadszedł czas radości. Bo spośród wszystkiego, czego można się bać na tej ziemi, boję się najbardziej samotności. Ona mnie tak przeraża, że już nawet przestałem ostatnio myśleć o niej w ogóle… |-> I to chyba tyle. Wracam do stosu książek, dwudziestu otwartych dokumentów Worda, konspektów, bibliografii, cytatów i monotonii klikania. Ale i tak wiem, że z tej monotonii wyrwą mnie te oczy cudowne, które sobie mogę wspominać tak często, jak tylko mam na to ochotę. To moje wielkie szczęście, to mój talizman, darowany przez los. I przez mojego Ludzika. Pozdrawiam Was i życzę dobrych chwil. A tym, którym się chwilowo coś nie powiodło, którzy mają aktualnie jakiś kłopot, życzę po prostu owocnej refleksji i chwili odpoczynku, podczas której można bez obaw pomyśleć o wszystkim, co wymaga przemyśleń właśnie, podczas której można też zregenerować samego siebie i wyznaczyć sobie nowe cele i więcej praw – praw do szczęścia, do radości, to olania nawet tych, którzy oczywiście na to zasłużyli sobie. Można po prostu wtedy mocno uporządkować sobie życie. Ja taki okres porządków przeżyłem koło grudnia, i bardzo mi z tym dobrze teraz. Pozdrawiam – Andrea.

Komentuj(0)


godz: 16:05 data: 2006.02.13
13, czy pechowy? Nie wiem, kocham raczej 17-ki ;D

Ojej… Jutro walentynki, najwyraźniej samotnie spędzone będą… Ale w trybie dysonansu poznawczego staram się sobie wytłumaczyć, że to obce święto na polskiej ziemi. Hehe… No już taki jestem i nic nie poradzę. Bardzo mi już jest wiele rzeczy obojętne, choć przecież nie powinno tak być. Są momenty, kiedy czuję się po prostu strasznie staro, bardzo wyeksploatowany i pozbawiony resztek marzeń i nadziei. Ale są też momenty, w których jakoś inaczej wszystko postrzegam i ufam i jestem wiary pełen, że jednak jeszcze czas, że może już niedługo, że może wkrótce, właśnie, wreszcie… I tak bez końca, od długiego czasu. Ale przecież nie jest źle. Wszystko to, co się wokół mnie dzieje, to tylko element mojego własnego wyboru, przynajmniej w tej części i w odniesieniu do tych rzeczy, na które mam wpływ bezpośredni. Bo ta część życia i wydarzeń, na które wpływu nijak mieć nie mogę, są dla mnie ostatnio cholernie ciężkie i wkurzające, ale jakoś jeszcze żyję, co widać zresztą. Poza tym pewne elementy subtelnej radości przyklejają się do mnie wiele razy w ciągu dnia, otaczają mnie zewsząd, wciąż są, wciąż chcą chcieć, i istnieją, więc dzięki nim – pośrednio – udaje mi się równie być i chcę być i trwam nadal, wierząc, ufając, ciesząc się i płacząc również, i nadal myślę, że to wszystko sens ma jakiś, jakikolwiek, choćby nawet szczątkowy, ale jednak zawsze SENS…. I trzyma mnie kilka wielkich przyjaźni, z Tomciem przede wszystkim i z Pawciem i z Sebusiem i z Damianem. Gdyby nie oni wszyscy, to chyba nawet bym tu sobie nie pisał. Ale oni są, trwają, rozumieją. Nawet, gdy nie można mnie zrozumieć, to oni i tak pozwalają mi na te moje chwile zwątpienia, zduszenia siebie w sobie, i czekają, aż mi przejdzie, bez jakiejkolwiek głupiej czy złej reakcji ze swej strony. Łączy nas chyba dużo więcej niż zwyczajnych przyjaciół, bo w ich przypadku – a to wszyscy są hetero – moja odmienność jest dla nich tak naturalna, jak oddychanie, jak woda w stawach i jak chmury na niebie. I co bardziej wielkie i cieszące – nigdy, ani razu nie stało się to dla nich czymś w rodzaju argumentu, nawet przy jakiejś sprzeczce lub własnych niepowodzeniach, podczas których sens i wartość tracił dla nich niemal cały świat. Pozostaje dla mnie miłość, wielka i jak zawsze niespełniona, karmiąca się widokiem, budową, zapachem, dotykiem i smakiem… Ale to wszystko wciąż tonie jednak w nieświadomości, i nijak nie można tego zmienić, choćby się nie wiem jak pragnęło. W tym wypadku akurat nic nie jest możliwe, a całość tego, co już istnieje, i tak można przeznaczyć na straty. Oszukiwanie siebie samego nic nie da, trwanie nadzieją, że lew może jednak stanie się panterą albo pumą, to też cud i utopia, niemożliwe tak bardzo, że aż gdzieś głęboko we mnie rodzi się nie tyle strach, co kompletne rozżalenie i złość. Ale z drugiej strony jako przeciwwaga pojawia się – młoda, cholera, ale jednak – akceptacja tego, co jest, i czego zmienić i tak nigdy w stanie nie będę. Co zabawniejsze, moje niedawne postanowienia prawie wszystkie wzięły w łeb, na dodatek coś się spieprzyło w sprawach pewnej wyjątkowej znajomości… Ale dziś jakoś udało nam się spotkać, i mimo wszystko radośnie mi. Te kilka minut z zimnem i papierosem wystarczyło, żeby zbudować szczególną radość na cały dzień… Bardzo ta miłość przewrotna jest. Naprawdę. Dzieje się wbrew wszystkim i wszystkiemu i podobnie wbrew temu samemu i tym samym wybacza od pierwszego wejrzenia… To źle, ale tak jest. To źle, ale przy mojej akceptacji jest to w porządku. Choć czasami mnie niszczy wewnętrznie. I tak dochodzę do wniosku, że przecież jestem silnym człowiekiem. I to bardzo. W tysiącach stosunków damsko-męskich, jakim mam okazję towarzyszyć, jeden błąd, jedna rzecz nie tak powoduje lawinę buntu, protestów, żalu, płaczów i histerii. A u mnie jest inaczej. Jakoś bardziej akceptuję ludzką odmienność czy odrębność w ogóle, jakoś nie jest dla mnie kłopotem pogodzić się z tym, że ktoś mnie nie chce znać, że ktoś mnie nie lubi lub nie chce mnie lubić. No przecież takie jest życie, takie są cudze wybory. Czasami bezpodstawne, czasami śmieszne, ale jeśli są cudze, to na takim poziomie i tak nie jesteśmy w stanie ich zmienić. Zresztą, naczelnym wyznacznikiem mojego życia jest to, że granica, między tym, czego pragnę, a tym, czego mogę, zbyt cienka jest niekiedy, a niekiedy tak gruba i wysoka, że nie do przejścia… Ciężki to wyznacznik, ale jak dla mnie to już naturalny. Hmmm… Dziś czeka mnie trochę pracy i trochę odpoczynku, muszę jeszcze do końca tygodnia załatwić kilka rzeczy – biblioteka, urząd skarbowy, uczelnia… Niektóre sprawy są bardzo zaległe. No ale muszę o nie zadbać i mieć czyste konto i nic na głowie na wiosnę, która tuż, tuż, już się zbliża, nawet mój psiak traci zbędny puch na karku :). I wam także życzę wiosny – tej realnej i tej w życiu osobistym. Dobrych dni – Andrea.

Komentuj(0)


godz: 12:36 data: 2006.02.11
Wiosna w życiu, w sercu także... ;)

Witam:). PO kolejnej przerwie… Ale chyba to już u mnie taka reguła z moim pamiętnikiem tutaj, że wpadam raz na jakiś czas, kiedy tylko coś ważnego, wyjątkowego lub ciekawego się dzieje. C’est pas… Zmiany zachodzą samoistnie. Jak każde zmiany. Nie wiem nawet, czy na lepsze, czy na gorsze, ale to nieważne. Ważne jest, że jest inaczej. W sumie to cały ostatni tydzień był dla mnie okazją do weryfikacji nie tylko tego, co dookoła, ale przede wszystkim samego siebie. Kolejny czas, w którym mogłem spojrzeć w głąb siebie i zrobić odrobinkę porządku. I to bardzo potrzebnego porządku. Szczególnie uczucia wymagały odkurzenia, redukcji, odrobiny zimnej wody na swoje rozpalenie. I od razu więcej spokoju jest. . Ponadto nadszedł czas na porządek nie tylko w uczuciach, ale i w życiu. Czuje się już powoli wiosnę, co mnie cieszy, i to nie tylko tę wiosnę realną, ale też wiosnę we mnie. A to daje nadzieję na dzień jutrzejszy, choć dla mnie ten dzień jutrzejszy to jest na razie takie sobie mgliste pojęcie, bo żyję tym, co dzisiaj i z tego czerpię radości i siłę do bycia. Chwilowy krok wstecz pozwolił na myślenie i spojrzenie perspektywiczne, dzięki czemu każda linia myślenia i uczucia jest w miarę prosta i precyzyjna, gdzieś zniknął niedawny bałagan, zupełnie… To wystarczy. Z Misiem stosunki na poziomie stałym, z chwilową tendencją spadkową, ale to chyba naturalny składnik naszego bycia razem. Akceptowalny, bo przecież z powodu drobnych nieporozumień nie można przekreślać wszystkiego. A że jest nam razem po prostu dobrze i wspaniale, to nie ma się co stresować. Owszem, na razie to i tak wszystko nosi duże znamiona delikatności i niedookreśleń, ale czas, jak sądzę, też wszystko zweryfikuje i my sami przy okazji również. Albo się to skrystalizuje do samego końca, albo rozpadnie. Wszystko ten czas… Wszystko… Nie rezygnuję z szaleństwa, bo to przede wszystkim to szaleństwo daje mi uśmiech na twarzy. Nie rezygnuję z fascynacji, bo dzięki nim wiem, że czuję, a co za tym idzie – jestem. I nie rezygnuję z samego siebie, bo nie mogę zmieniać się ani modyfikować na siłę, dla jakiegoś celu. Albo te cele są dla mnie, albo nie. To wszystko. Dobrych dni życzę, samych ciekawych i obfitujących w radość i konstruktywną refleksję. 3majcie się tam cieplutko, dbajcie o swoje szczęścia – Andrea.

Komentuj(3)


godz: 00:38 data: 2006.01.26
Happy, happy, happy, happy... day, day :)

W sumie to sam nie wiem…. W sumie to nie powiem, że mnie olśniło albo co. Ale dzisiejszy dzień był piękny, bliski, spocony, pełen zapachu – skóry, płynu do płukania tkanin rozgrzanego na naszych ciałach… Nie, to nie tak jakby ktoś pomyślał, to w sumie bardziej zabawa była, coś w stylu zawadiackiej przepychanki rodem z podstawówki: ). Ale było cudownie, i to się liczy. Co więcej – radość rośnie. Taka sobie skromna mała radość, której wszędzie pełno wokół mnie. I jest mi błogo, a w tej błogości pomaga mi ktoś. Nawet nie jeden :). Ostatnio bardzo przyczynił się do tego Pawcio. Heteryk jak się patrzy, ale sympatyczny heteryk, wyrozumiały, i po prostu genialny. Gdyby nie on, to pewnie bym tu nic nie pisał teraz. A jednak istnieje ktoś taki. Na dodatek Pawcio ma najsmaczniejszy bodaj (poza tym jedynym) ze znanych mi, tyłeczek. Wprost boski. No ale Pawcio wie o tym. Sam ma, oczywiście w żartach, smaka na ten swój tyłek :D. Ale to prosty fakt – to Pawcio postawił mnie na nogi, to z nim na gadu i w Realu rozmówki dały mi tak wiele, to dzięki niemu chłonę moje szczęście i cieszę się z każdego drobiazgu. Pawcio jest nieoceniony. Po prostu. <<>> Ja dziś miałem odlot zupełny, nawet mimo potężnie pracowitego dnia. Najcudowniejsza była nowa piosenka pewnego cudownego zespołu, słyszałem ją pierwszy raz, od razu mi się spodobała, i się rozpływam, nucąc ją cały dzień. I jakoś coraz mi milej jest. Jednak coś takiego jak uśmiech jest też i dla mnie. Nie no, bez przesady, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ja jakiś jestem istot, co to się żywi dołami samymi. Nie… tak nie jest :). Może ja po prostu do tej pory często tak robiłem, że pisałem tu na blogu jak doła miałem, bo to w końcu było jakieś lekarstwo na tego doła właśnie, żeby sobie tu popisać i się wykrzyczeć do świata. Ale teraz w moim życiu jest kolorowo, perspektywy ciekawe, przyjaciele już się ze snu zimowego obudzili, miłość ziewnęła sobie potężnie i też się obudziła, bliskość tak samo, nie mówiąc już o smyraniu paluszkiem po udzie… Elektryzującym :D. Świat to banan dziś, i to banan na mojej twarzy ( w interpretacji: uśmiech, nie innej ;D). Dam jutro znać co i jak, bo już muszę zmykać, kończyć pewien projekt nieciekawy, bo mnie termin zje… Ech… Pozdrówka, dobrych chwil życzę, szczególnie pozdrawiam Jakieś-Toto-Inne-Takie. :). Może jednak notka się pojawi?? --> Andrea.

Komentuj(0)


godz: 20:45 data: 2006.01.24
Weekend mroźny, ale pełny szczęścia... A to co po nim.... :D:D:D

Stało się… Ale pewnie tak to już jest, że jak się nie dzieje, to się nie dzieje, a jak się stanie, to znienacka. Hmmm… Ogólnie rzecz biorąc, stało się. A mnie to po prostu unosi lekko. Bo miło jest, jak się już stanie. Może niedługo już Was wtajemniczę, co się tak naprawdę stało, na razie wszystko jest zbyt kruche jeszcze, żeby od tak sobie o tym pisać tu na blogu. A ja mam szacunek dla kruchości i świeżości :D. W każdym razie – słowo szczęście realizuje się u mnie ostatnio w stopniu doskonałym. Wiem, wiem, jakoś tak u mnie naturalne są wahania, zmienne nastroje, doły i wzloty, ale już tak mam. Jak chyba każdy samotny człowiek. Wzloty i radości pojawiają się wraz z uczuciem, z wyjątkową perspektywą, z tą chwilą, gdy kolor naprawdę oznacza kolor a uśmiech jest uśmiechem – pełnym i szczerym. Pod tym względem mam szczęście, bo udaje mi się spotykać na swej drodze tak szczęście, jak też szczęśliwych ludzi, którzy mnie z kolei zarażają szczęściem. I oby tak dalej.

==> U mnie pracowicie. Ale to norma. Zresztą, ja lubię być zapracowany, lubię wiedzieć, że wiszą mi nad głową terminy, obietnice, spotkania, że jakieś projekty czekają na realizację a jakieś człowieki na efekty moich działań. Poza tym w całym tym bałaganie mam czas na przyjaciół, czas na spotkania, czas na flirt, choćby i niezobowiązujący jak na razie. Jest czas na intrygujące sytuacje, na spacery z psiakiem, na chwile moje sam na sam ze sobą, kiedy tylko kawa, czekolada i ukochana muzyka… Więc owszem, jestem szczęśliwym człowiekiem. Owszem.

===> A niedziela mnie rozanieliła sytuacjami i uczuciami. W każdym calu… To ciekawe, że nawet najzwyklejsze oddanie mi przez kogoś zapalniczki może wyzwolić takie emocje… Kwestia sporna, jak się zwykło oddawać zapalniczkę… Bo kiedy ktoś kładzie mi ją na udzie i opuszkami palców sunie wyżej i wyżej… Hmmm… Ciekawa jest taka chwila :P.

===> Zmykam, bo mam jeszcze ważne dziś spotkanie, a gadu jarzy się słoneczkiem zachęcającym… To znaczy – Jego gadu, i już wiem, że dzisiejszy wieczór będzie kolejnym krokiem ku realizacji przynajmniej jednego celu – zacieśnienia pewnego magicznego kręgu zrozumienia, wewnątrz którego nie trzeba mówić, kim się jest, co się lubi, by druga strona zrozumiała to, to samo o sobie zdradziła i na dodatek podarowała te kilka wyjątkowych chwil :). 3majcie się, dobrych dni życzę – Andrea. I uważajcie, niech Wam świat wokół Was nie zamarznie, nie zapominajcie, że nawet jak jest minus trzydzieści stopni, to czasami warto zwolnić, przystanąć, rozejrzeć się wokół siebie… Bo wówczas można dostrzec coś lub kogoś naprawdę wyjątkowego… Co zmieni bieg naszego życia i postrzegania, co obdarzy nas po prostu szczęściem. Pozdrówka dla Was :*

Komentuj(0)


godz: 23:14 data: 2006.01.17
Jestem:) A to takie proste :) Jestem......

Jednak żyję. Nie zamarzłem. Mam mnóstwo pracy, mam mnóstwo zajęć dodatkowych, przyjaciół mnóstwo, którym czas poświęcam, bo chcę, a oni poświęcają swój czas mi. Dzięki temu żyję. Uczucie mam, które pielęgnuję i które otacza mnie na co dzień radością i kolorem. Mam zimę, którą kocham nieprzytomnie, psiaka mam, z którym dzięki tej zimie możemy się wyszaleć do woli. Mam plany – drobne i większe, mniej lubi więcej w moim życiu zmieniające. Mam piosenkę „Walking of sunshine” Kathriny & The Waves, mam czekoladę, mam białe ukochane sweterki, w tym jeden od kogoś wyjątkowego, mam telefon wciąż pełen sms’ów, mam Miśka na stole, od kogoś wyjątkowego znowu, mam pełne miłości słowa na gadu… Niby niewiele, ale tak wiele, że chcę żyć i to życie jest dla mnie pięknem czystym, samym w sobie, wyśnionym, bajkowym. Mam też dyskomfort psychiczny, bo nie rzuciłem palenia, a na dodatek Mylene gra w Bercy koncerty, na których mnie raczej nie będzie… Ale chwała ludziom za dvd :D. =====<>===== I co jeszcze? Hmmm… Przede wszystkim to, że postaram się bywać tu częściej. O ile mi się uda. Na razie zmykam, czeka mnie powtórka z „Godzin” i „Książę Przypływów” Pata Conroya do setnego przeczytania. Ech, te moje cuda życiowe :). 3majcie się, dobrych dni Wam życzę – Andrea...

Komentuj(0)


godz: 02:18 data: 2005.12.28
Świat zatonął w bieli i błękitnych ognikach... Święta...

Dawno nie pisałem… Bardzo nawet. Ale czas, w którym mnie nie było, to był czas oczyszczenia, zmian, radości i zupełnie innego biegu zdarzeń. To była próżnia w kosmosie, która wyssała wszystko, to był nowy świat, który wraz ze mną otworzył nowe horyzonty, w których już z dala majaczyły nowe rzeczy…
{} Święta… Cóż – minęły, pięknie, piękniej, niżbym mógł sobie wymarzyć. Subtelny czar wszystkiego, co się na nie składa – choinka, światełka piękne błękitne na niej i złote bombki, prezenty otrzymane z głębi serca od tych nielicznych, a jednak zawsze najważniejszych. Pasterka, spacery, wino grzane, karp z mętnym okiem, wciąż mnie zastanawiający, bo od lat tak samo zadziwiony, kiedy się go konsumuje… Opłatek łamiący wraz z samym sobą wszelkie różnice, wszelkie złości i wszelkie ukryte nawet urazy… Czar polskich świąt, tak odmienny od reszty świata, tak wyjątkowy, taki swój… Niech tam inni mówią sobie o sztuczności, o pozorach, o tradycji na siłę… Ja kocham święta Bożego Narodzenia, kocham ich nastrój, kocham to, co się dzieje, kiedy jest szopka, kiedy dzieciątko nowe nadzieje rozdaje, kiedy choć na chwilę topnieją serca człowiecze…
{} Miłość… Żyje. Owszem. Samotna, wielka i niespełniona. Ale tak już jest z nadzieją na tym świecie, tak już mam, tak mi przypadło, że ona również we mnie żyje. Każda chwila nasza razem to cud. Każde słowo i dotyk każdy to oceany szczęścia i subtelnej gry – tak odmiennej od miłości standardowych, typowych, bezpłciowych w swej heterodoskonałości… Nie myślę już o tym, co było błędne do dziś. Nie chcę roztrząsać spraw dawnych, błędów i niedoskonałości… To może i dziwne, wydaje mi się, że piszę w powietrze, ale chcę pisać. To nic, że zainteresowanie moim blogiem jest płytkie. Ale już tak jest z blogami, że nawet jak nie ma śladu w ogóle czyjejś bytności na nich, to i tak wierzymy, że ktoś to czyta, coś to komuś o nas mówi, anonimowo, ale jednak. Żywi mnie nadzieja, że ktoś tutaj wejdzie, przeczyta to wszystko, pokojarzy, zrozumie… Ależ mi cud… Nieosiągalny. To moja ukochana jednostka w gronie czterdziestu milionów obywateli… Jakież prawdopodobieństwo… Totolotek się chowa :D… Ech, życie jest jednak śmieszne. Pełne bólu, okropne i straszne, ale jednocześnie właśnie takie – śmieszne i cudowne. Chyba za to je kochamy – takim, jakim jest. Żadnym innym. Ja mojego życia nie zmieniłbym, tyle wiem. Dało mi łzy i gorzki smak przegranej, dało niewłaściwe wybory i brak drugiej połowy, ale dało mi też cudowne chwile szczęścia, dało smak wielkich wygranych, dało przyjaciół i umiejętności, dzięki którym mogę się spełniać. To mi wystarcza. Niektórzy nawet takiego szczęścia nie zaznali.
{} Na koniec – życzenia. Spóźnione może, ale szczere i ciepłe jak blask świecy. Uśmiechu. Radości, choćby słabej, ale wciąż obecnej. Życzliwych spojrzeń w oczach mijanych ludzi. Słowa „Kocham”, choćby użyte miało być raz w życiu. Spełnienia. Nadziei. Spokoju. Tej świadomości, że ktoś jest, ktoś myśli, ktoś potrzebuje nas, a my tego kogoś. Szczerości. Zgody z samymi sobą. Kwiatów, dużej ich ilości. Myśli pełnych wiary w samych siebie. Samorealizacji. Odwagi. Potrzeby dawania innym tego, co w nas najlepsze. Wrażliwości. I na sam koniec – wiary w Boga. Jakiegokolwiek kto wyznaje. Dziękuję Wam za obecność – tym, którzy mnie kiedyś odwiedzali, oraz tym, którzy – wydaje mi się – odwiedzają mnie obecnie. Trzymajcie się ciepło. Życzę samych dobrych dni. – Andrea. Nawet Adalbert:)
:)

Komentuj(0)


godz: 12:37 data: 2005.11.9
Katowice-Kraków-Katowice-Tychy-Katowice... :D

Obudziło mnie dziś słońce. I słońce idzie ze mną dzisiaj przez dzień cały. To znaczy, dzień się nie skończył jeszcze, no ale wierzę, że będzie tak właśnie, że będzie mi ono, to słońce, towarzyszyło aż do końca dnia. W każdym razie – to jest szalone, bo jakoś jedynie jedyne słonko jest w stanie zaspokoić mój głód przytulności i potrzeby bycia przytulonym w ogóle. Jakoś tak promyki słońca uznaję za czarowne i czarodziejskie, bo nadaję im lekko człowieczą cechę w sensie tulenia właśnie.

<>----<> A ten tydzień to mi się w ogóle zapadł w samotności, w jakimś takim niezrozumieniu ogólnie rzecz biorąc. Poza ludźmi za oknem działo się tyle, że spadły do końca liście, co już mnie w ogóle nie cieszy, ale tym samym więcej słońca dociera do mojego pokoju, jako że już listowie drzewne w parku nie blokuje jego promyków. Wiem, głupoty piszę, ale to jakoś mnie teraz uspokaja, daje chwilę rozerwania, sprawia, że jakoś już jestem w stanie myśleć. Bo nie mogłem ostatnio… Co mi tam zresztą – jak na pierwszy dzień po długim okresie ciężkiego doła, to czuję się wprost genialnie. I chyba sobie na spacerek pójdę.


<>--<> Wczoraj byłem w Krakowie. Od tak sobie, wsiadłem w samochodzik, zajechałem przez Balice do Nowej Wsi Szlacheckiej, pokrążyłem po okolicy, a potem już dotarłem do centrum Krakowa. Chimera, Wawel, Wisła rozświetlona… No i pora była na powrót, tyle, że gdzieś w połowie drogi stanąłem sobie na poboczu, ignorując zakaz, no i patrzyłem sobie na widok przecudny przede mną i wszystkie te światła na tle szaro-siwo-granatowego nieba. Do domu dotarłem późno, bo na 23.00 około. Zahaczając o ukochanego Mc Drive’a, w którym zaopatrzyłem się w ukochaną kawę. I myślę, że wszelkie duże u mnie zmiany następują właśnie już od wczoraj i od tej spontanicznej wycieczki, która jakoś mnie oczyściła. Naprawdę, to jest godne polecenia – na doła zastosować terapię wycieczkową. Myślę, że dlatego właśnie co poniektórzy jeszcze trzymają się na nogach. Dzięki takiej terapii.

<>--<> Pozostaje mi na koniec pozdrowić tych, którzy pamiętają, zaglądają tu, podziękować im za to, że są. I spokojnie pędzić dalej w kierunku słońca. Dziś mnie czekają Tychy i sporo pracy. Ale dam radę. Bo co miałbym nie dać?? Buźki wielkie – Andrea. Dobrych dni życzę.

Komentuj(0)


godz: 11:45 data: 2005.11.4
this is the day...... one day.... day...

Trudno mi się w ogóle ostatnio skupić, trudno mi się zebrać do napisania kilku zwykłych słów…. Przeżywam swój ból – najlepiej jak potrafię, z wysoko uniesioną głową, tak, by nie zawieść nie tyle przyjaciół, co siebie samego… Ale nadeszła taka chwila, że już nie umiem, nie potrafię nic… Wali mi się wszystko, i tylko w nadziei trzyma mnie to, że każdy kryzys przecież jest w ujęciu czasu pojęciem skończonym, każdy kryzys kiedyś mija. Musi minąć, prawda? Chowam obrazy pod powiekami – to jedyne, co mi zostaje w chwili obecnej. Chowam sam siebie, bo to jedyny sposób uratowania tego, co we mnie. Otaczam się przeszłością – może ona da mi jakieś wyjaśnienie? Otaczam się wciąż tym, którego kocham – bo to jedyny sposób na to, żeby się zahartować w niespełnieniu. Tylko skąd to się wzięło? Jak to jest, że każda moja decyzja pozostać musi błędną decyzją? Dlaczego żadna moja miłość (cóż, niewiele ich było) nie potrafiła być miłością taką, która nie tyle drugiej stronie, co mi samemu umiałaby dać szansę. Choć najmniejszą… {}{}----{}{} Słonko dziś świeci. Spaceru mi się chce. I chyba faktycznie pobiegnę gdzieś na spacer:). Pozdrawiam Wszystkich i dobrych dni życzę.  Andrea.

Komentuj(2)


godz: 00:27 data: 2005.11.4
Krótko...

Krótko i smutno. Jakoś nie mam teraz ochoty na pisanie. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek to czyta... :/ Muszę odpocząć, dojść do siebie, zacząć żyć na nowo... Jesień poczyniła znaczne spustoszenie w moim wnętrzu, więc muszę zastosować terapię wstrząsową. Stąd nowy szablon... Pozdrawiam. Dobrych dni - tym, którzy tu trafią. .I innym też, co mi tam. Buźka - Andrea.

Komentuj(0)


godz: 18:16 data: 2005.10.30
Hey. Mała niespodzianka

#foto0# T oooooo jest coś wyjątkowego:) Napiszę co to ;) Ale nie teraz

Komentuj(0)


godz: 21:16 data: 2005.10.27
Smutek nastał. :(

Najpierw wtorek i spotkanie z Misiem, które było niesamowite wprost… Kontynuowaliśmy fotki, robiliśmy sobie je wspólnie, razem, w tym jedną wyjątkowo śliczną… A ten Misia uśmiech dwuznaczny… Żebyście mogli go widzieć… A ten zapach – perfumik i nikotyna… To jest niesamowite, bo pachniał jak zawodowy, rasowy facet! Smaczny taki :P… A kiedy robiliśmy sobie tę najważniejszą wspólną fotkę, to miał taką minkę słodką i namiętną, że aż mnie zamroziło… Coś, co było rok temu, uaktywniło się na nowo… Są chyba miłości, które nigdy nas nie opuszczą… Zostaną w nas na zawsze. Ale najgorsze jest to, że są one tragicznie jednostronne. Niespełnione i bez żadnej nadziei, bez jakiejkolwiek możliwości spełnienia. Smutne, a jednak pełne uniesień i radości… Odbierające życie, ale i to życie zwracające w nadmiarze… Pełne kolorów, a jednak szare, czarno-białe, zimne jak dotyk, który nigdy nie nastąpi… Tak trudno to zaakceptować, tak trudno przyzwyczaić się do pustki… I tak wspaniale jest móc go znać, tak wyjątkowe mieć szczęście, by czuć, chłonąć, pamiętać Jego zapachy, temperaturę, kształty… Otaczać się Jego wspomnieniem w chwili, gdy mi źle i gdy wszystko wokoło traci sens i koloryt… Ten ból… Kiedy jest obok, kiedy chciałbym go przytulić, poczuć blisko, a nie mogę… I nigdy nie będę mógł… I jeszcze większy ból – że to jest zrozumiałe jedynie dla mnie, że tylko ja – JA SAM – wiem, co czuję, jak czuję i jak bardzo pragnę tego, czego nigdy miał nie będę… A przecież ludzie są ze sobą… Od pierwszego nieśmiałego pocałunku, poprzez odkrywanie coraz to nowszych fragmentów własnych ciał, aż do najpotężniejszej i najważniejszej zdobyczy, która w zasadzie jest najcudowniejszym darem, jaki można otrzymać… Ludzie są ze sobą… Ludzie, czyli nie ja… Bo jestem sam. Za długo… Cały dzień nie mogę pozbierać myśli. Jak to jest, że on potrafi mną zawładnąć? Całym moim wnętrzem, całą biologią, każdą moją myślą? Jest w Nim coś takiego, czego nie ma nikt inny. On się wyróżnia spośród wszystkich i tym samym jest dla mnie i miłością, i szczęściem, i bólem… Każdy Jego gest, słowo każde… Drżenie powiek, uśmiech nikły skryty w kącikach Jego warg… To coś, co daje mi poczucie, że żyję, i chcę dla TEGO żyć właśnie, dla Niego, choć ze świadomością, że to nigdy nie będzie realne – ani bliskość, ani nasze bycie razem, ani pocieszenie w chwilach zwątpienia… NIGDY. Takie maleńkie słowo… Takie nieznaczne… A pełne gorzkiej prawdy… A czym ja zasłużyłem na taki ból? Tym, kim jestem? Bezustannym smutkiem wynikającym z potrzeby niebycia samotnym? Tym, jak żyję i co mnie w tym życiu rusza, napędza? Sam już nie wiem. I nie wierzę w nic… [][][][]-------[][][][] Dziś było wyjątkowo. Bardzo blisko, choć On tę bliskość daje mi od tak, po prostu, bez świadomości, kim jestem… Kiedy na Niego patrzę, to tracę obraz rzeczywistości, nie chcę być, nie chcę trwać – w takim stanie, z takimi uczuciami wewnątrz mnie. Trudne to wszystko jest. Ale realne. Ja tak bardzo kocham. I tak bardzo sam… : ( Pozdrawiam. Andrea. Oczywiście dobrych dni życzę. Dla Was : )

Komentuj(0)


godz: 13:52 data: 2005.10.21
I znowu było ślicznie i bosko. Cuuuuuuuuuuuudownie ;****

Święte prawo do szczęścia jest też moim prawem. Wiem o tym… I w pełni z tego korzystam. Wczoraj mieliśmy spacerek – długi. Pełen rozmów, radości i bliskości, kiedy tuliliśmy się do siebie robiąc fotki, a mnie otaczał Jego wyjątkowy zapach, niesamowity i pełen czegoś… czegoś niewychwytywalnego, czegoś mojego, czegoś, co jest tylko dla nas… W sumie nic dla mnie nie istniało poza Nim, ani piękna pogoda, ani woda, ani las, ani kolory, ani słońce – oślepiające i pełne życia. Bo my byliśmy – my i nasze życie.

Kurczę… Zamieszało mi się wszystko, bo jakoś tak mi się tak radośnie zrobiło i w ogóle wspaniale… Jesień jest piękna, piękne jest życie… Brakuje mi kilku elementów, mieszkanka swojego na przykład, pracy wyjątkowej i ciekawej na stałe, ale poza tym to jestem taki szczęśliwy i taki pełen nadziei, że już odzyskały dla mnie swe znaczenie słowa „wiara”, „sens”, „miłość” i właśnie „szczęście”…

Ja sobie słucham ścieżki dźwiękowej do Kill Bill’a, no i czekam, aż Misio wróci ze szkoły i się na gygy udostępni albo przyjdzie albo eska wyśle, że się pojawi już za momencik i znowu na spacerek się wybierzemy… Oj, ja naprawdę uważam, że mam wiele szczęścia… Wiem, że w moim życiu wiele zmiennych uczuć mam, wiem, że kiedyś w poszukiwaniu ideału potrafiłem fascynować się tysiącem osób jednocześnie. Ale wiem też, że obecna moja osoba, mój kochany Miś, to jest ten jeden i jedyny, jaki w ciągu bardzo długiego czasu wywarł na mnie aż tak mocne wrażenie… I który przyjął to, co mu daję, ze świętą prostotą uczucia i z taką samą prostotą, z głębi serca i po prostu, oddał mi jeszcze więcej. Szalone. Jasne że szalone. I w pełni zasłużone. To po prostu coś niesamowitego jest…

Ale to miłe. Bardzo. Naprawdę... W domu mi szaleją, zdaje się, że znowu wpadliśmy w etap wojny pod tytułem „Nikt nikogo kurwa nie rozumie, więc lepiej niszczyć ranić i miażdżyć, niż spokojnie siedzieć”. Macie też takie wojny? Bo ja mam. I cholera, źle mi z tym, ale nic niestety na razie zmienić nie mogę w tej kwestii, tylko łykać takie gorzkie piguły i trwać. Jeszcze żebym miał te swoje cholera mieszkanie, ale tak?? Oj, ciężko… I tak tylko muszę stać po szyję w takim bagnie nieprzyjemnym… Choć wiem, że wiele im zawdzięczam, to i tak nie rozumiem wielu ich zachowań. Może to kiedyś ulegnie zmianie? Na razie pragnę, marzę i bardzo chcę jednej rzeczy – własnego lokum z wymarzonym seterkiem i z wymarzonym Misiem u boku w jednym łóżku, u boku którego będę mógł się spokojnie budzić co rano, co rano patrzeć mu w oczy, co rano skraść mu buziaka i co rano pełen energii iść do pracy i zaczynać dni w humorze wyjątkowym. Troszkę jeszcze czasu upłynie, zanim moja utopia, mój maleńki raj na ziemi się ziści. No a do tego czasu pozostają mi słonko, las, i spacery, podczas których jakoś przestaje nam już zależeć na ukrywaniu się przed światem… Tak, jak to było wczoraj:), hihi. Zmykam dalej Kill Billa słuchać, czekoladki jeść, pić soczek z marchewki, czytać sobie A. I. Kennedy’ego, no i przy okazji pisać sobie dziennika właściwego, tego w ślicznym granatowym zeszycie od wyjątkowego przyjaciela otrzymanym. Dobrych dni Wam życzę i kochajcie tak, jak kocham ja, to może świat będzie kolorowy i znośny, pomimo zła, jakie się na nim panoszy. Ahawa. Dziękuję Ci Shakespeare za odwiedzinki. Bardzo mi miło było ;). ;* Duża buźka dla Wszystkich.

Komentuj(2)


godz: 10:09 data: 2005.10.20
Wczoraj było ślicznie... Po Prostu... Ślicznie....

Ja nie wierzę… To jest szalone wprost i piękne… :) Rozmawialiśmy na gygy no i w sumie wyszło na to, że się na spacerek umówiliśmy. No i Misio przyszedł po mnie, choć już czekałem na Niego na zewnątrz. No i poszliśmy sobie w kierunku właściwie niewiadomym, za to jakoś bezkompromisowo wciąż w tym samym… :D No i kiedy znaleźliśmy się w lesie już, to sobie porozmawialiśmy tak, jak nigdy dotąd… A najsłodziej i najpiękniej było nad stawem, gdzie w słonku październikowym mrużyliśmy oczka…
Misio wyjątkowy jest… Ma tak słodkie oczka, tak słodkie ząbki, i tak słodko się śmieje, że po prostu tracę już całą głowę dla Niego… A kiedy wróciliśmy i musiałem biec na zajęcia, to dopiero wieczorkiem na gadu mogliśmy się skontaktować. I Misio mi na gadu napisał, że zaczyna sobie uświadamiać, jak wiele dla Niego znaczę i że musimy się bliżej poznać, tak bardzo… Szalone to jest. A we mnie kwitnie szczęście… Dziwi mnie to, że ktoś może tego nie rozumieć. Naprawdę. Dziwi mnie to. Miłość nazywać chorobą… A niech tam, co mnie to? Niech sobie biedni hetero piszą i mówią co tam chcą, niech bronią moralności, niech skandują świętej polskiej rodzinie idealnej, a potem niech idą, piją, biją, dręczą dzieci i je głodzą i żony niech gwałcą. Święci polscy hetero. A ja sobie za to pospaceruję w lesie z Misiem, pełen szczęścia, pełen miłości, mając w serduszku coś, czego prawie nikt nie ma. Dobrych dni wam życzę, bo moje są i dobre, i szczęśliwe, i cudowne, i pełne radości, i takie, jakimi chciałem je mieć od lat. Buźka duża – Andrea.

Komentuj(1)


godz: 10:26 data: 2005.10.18
Witam w słoneczny dzień pochmurny :)

No dokładnie. Nie było mnie dawno, a jeszcze czeka mnie konieczność zamiany szablona, bo ten to jakiś taki za ciemny jest i nie nastraja zbytnio miło do czegoś takiego jak jesień i zima po tej jesieni... Coś soczystego, coś owocowego, coś ze słońcem i radością by się tu przydało, jak sądzę. Ale musze wyruszyć na jakieś poszukiwania najpierw. A cóż takie się dzieje u mnie?? Hmmm... Słońce dalej pozostało słońcem, tyle, że słońcem oświetlającym miłe rozmów wspomnienia. Za to jest w moim życiu, reaktywował się zupełnie, odnowił się wielkim uczuciem... Ktoś... Ktoś - po prostu. Tak to już chyba jest z gejami, że uczucia są dla nich jak wulkan, i po długiej ciszy i uśpieniu wybuchają na nowo.. Hmmm w sumie to nieważne. Ważne jest to, co czuję. A czuję niesamowicie wiele, i to uczucie dzielone jest przez dwie osoby w tej chwili. Może nie na poziomie związku jako takiego, na taki cud nie mogę liczyć na razie. Ale jest pięknie i cudownie, i wszystko rozwija się w takim kierunku, który sprawia mi radość i w którym mam ochotę kroczyć... Fotki sobie z Misiem strzelamy, na spacerki biegamy, jemy wciąż, jemy... Tak, tak, miłości nieodmiennie towarzyszy dobre jedzenie... :P Zakupy razem robimy :) i aż się rozpływam, jak widzę na Misiu te śliczne ubranka, takie.... smmmmmaczne... :) NIe no, ja wiem, że to, co pod ubrankami, smaczniejsze jest, ale na razie to, co na zewnątrz, może być dla mnie... I nic więcej... Ale to w sumie dobrze, dawno bowiem nie czekałem z takim drżeniem i z taką wielką... w sumie... CIERPLIWOŚCIĄ... A to oznacza, że kocham. Że naprawdę kocham i że cenię sobie to uczucie... Niesamowite... Pozdrówka dla Wszystkich, dobrych dni życzę, odezwę się jeszcze dziś, bo na razie muszę jechać do centrum, żeby zrobić zakupy i mieć czas na wyjazd z Misiem na sesyjkę solarną i zakupy... :) Wielkie, wielkie pozdrówka raz jeszcze, życzę Wam tyle szczęśćia, ile mnie spotkało - Andrea...

Komentuj(0)


godz: 08:45 data: 2005.10.13
Hey:)

Ja wiedziałem, że ta jesień będzie pełna słońca:*** Że ta jesień otoczy mnie czymś wyjątkowym. I tak się dzieje. Nie chodzi tu o samych przyjaciół, ważnych, fakt, nawet najważniejszych. Chodzi tu raczej o tego jednego przyjaciela. Jedynego... Sprawa jest taka, że zawsze jest jakaś radość w życiu. Że zawsze głęboko w nas śpi sobie miłość i to dzięki niej żyjemy:) A ja jestem pijany moją miłością i pijany moim szczęściem, szczególnie po tym wszystkim, co mnie spotkało ostatniego tygodnia minionego i co mnie spotyka w tygodniu obecnym :) Szalenie mi miło z tego powodu, po prostu jestem otoczony dużą dawką radości i nic nie wskazuje na to, żeby to się zmienić miało. szczególnie, że ktoś coś bardzo ważnego wczoraj powiedział... Zdanie przełomowe dla całej naszej przyjaźni... NO, tak ponadto widzę, że nie tylko u mnie jest tak radośnie, więc życzę wszystkim powodzenia i dużo radości. Szczególnie Tobie, Grześ. Czegoś mnie nauczyłeś... Zresztą - czy nauczyłeś?? Nie... Potwierdziłeś mi tylko to, co myślałem już kiedyś - że zawsze słodko oznacza za słodko, przynajmniej na odległość. Bo z bliska to ja slodych uwielbiam w dużej ilości, i dobrze mi z nią. Obdarzanym też... Nie nudzę. Spadam się szykować, bo dziś słooooooodkie zakupy ze słoooooodkim kimś :) 3majcie się, dobrych dni życzę - Andrea

Komentuj(1)


godz: 20:27 data: 2005.10.1
Długo mnie nie było. Ale to nic dziwnego. Zresztą - teraz jestem. I to się liczy, choć dla kogo?? Pewnie tylko dla mnie... :/

Jesień… Tak, zbyt szybko jednak przyszła, i to nie chodzi o tę jesień na zewnątrz, bo ona raczej się spóźniła… Chodzi mi o tę jesień wewnątrz mnie… Czy to jest tak za każdym razem?? Że kiedy myśli się, że odrobinka szczęścia zawitała w nasze życie, to tak naprawdę w tym życiu same złe rzeczy się dzieją?? A mimo to jest mi wesoło… Mimo to uśmiech gości na mojej twarzy. Dlaczego?? To proste – wiem, że jest kilkoro takich ludzi na tym świecie, którzy nigdy mnie nie zawiodą. Którzy zawsze i wszędzie będą w stanie wyczuć poprzez kilometry i warstwy ciszy, co czuję, jak czuję, i jak bardzo potrzebuję ich pomocy i obecności. To nie jest ważne, że wszystko we mnie się zapadło, z nimi mogę po prostu czuć się bezpiecznie. Nie myślę. Nie czuję zbyt wiele poza ciepłem i radością. Nie chcę i nie muszę obawiać się jutra i smucić tym, co rozpadło się, sam nie wiem, dlaczego… Tak to już jest. Zbyt duża ilość cukru zawsze powoduje potężne skutki uboczne… [[------]] W pracy jest miło. Nawet bardzo miło. Udało mi się znaleźć wspólny język ze wszystkimi, dzięki czemu każdorazowo praca z nimi to czysta przyjemność. A do tego jest niesamowicie miło i zabawnie. Czasami poruszamy takie tematy, że aż po prostu umieramy ze śmiechu. No i w sumie to jestem zaskoczony niektórymi ludźmi, ale co fakt to fakt – pierwsze wrażenie zawsze zdecydowanie różni się od tego, co można powiedzieć o ludziach po kilku tygodniach… [[------]] U mnie? Cóż… Co do mnie, to napisać mogę jedno – nie wiem, jak to jest, ale jesień, mimo pogody i aury niezbyt nastrajającej do radości, jest dla mnie okresem wewnętrznego spokoju jednak i takiej ukrytej radości. Może to w końcu wpływ tych kilkoro ludków wyjątkowych z mojego otoczenia… Naprawdę się cieszę, że oni są i że mogę dzięki nim być sobie i spokojnie żyć, ze świadomością, że cokolwiek i kiedykolwiek by się nie stało, oni zawsze mi pomogą a ja im… A smutek?? No jest, ale nie mogę z tego powodu dać się złemu samopoczuciu opanować do końca. Nie można tak. Ja jednak wierzę wciąż w to, że nadejdzie taki czas, że spotkam kogoś, dla kogo naprawdę będę ważny. I że nie będzie to tylko rzucanie słów na wiatr i wycofanie się w najmniej oczekiwanym momencie, dodatkowo spotęgowane brakiem jasności i wytłumaczenia jakiegokolwiek… Cóż, może ja przeceniam wartość ludzi?? Może wydaje mi się, że jeśli spotkam dobro, to jest to dobro prawdziwe?? Może zbyt ufny jestem? Całkiem możliwe… Jedno jest pewne - Mais j'ai le regret au Soleil. Sous ça que me mentir. Et sous ça que s' ? moi ne parle pas. Immense j'ai le regret. Et ? moi fâcheusement. Taka jest prawda i nic nie jest w stanie tego zmienić... Dobrych dni życzę. Pełnych radości i wewnętrznych małych spełnień. Może jesień za oknem, ale to, co w nas, od nas jest zależne tylko. I pełna rozkwitu wiosna zawsze tam być może. Buziaki. Pozdrowienia dla Słońca. Może u niego przynajmniej więcej jest kolorów wokół. Kto wie?? - Andrea.

Komentuj(0)


godz: 15:55 data: 2005.09.22
Taki jakiś miły czwartek. Słońce świeci. Wiatr wieje. Ludzie się zmienili. Na lepsze? Czy gorsze? :/

Witam. Te parę dni, gdy byłem nieobecny, minęło mi zbyt szybko. No ale praca - dom - obowiązki - zajęcia - spanie - brak czasu na jedzenie, brak czasu na relaks, brak czasu na Przyjaciół... Generalnie to cieszę się bardzo, bo wczoraj byłem w domku u kogoś, kogo znam bardzo długo a u kogo pierwszy raz tak naprawdę byłem :P No i było cudownie!! Chodzi mi o sam klimat, o to, co się działo, a nie o to, jak w środku w domku ta osoba ma - a ma szałowo! Bo wszystko jest inaczej niż u innych mieszkańców bloku, ściany są inaczej, układ jest zmieniony, a przede wszystkim - pięknie jest :] Najbardziej mi zapadł w pamięć szklany stół na metaloplastycznej ramie oraz metaloplastyczne krzesła wyściełane na siedziskach białą tkaniną, podobną do ekologicznej. Poza tym - wbrew pozorom - mnóstwo radości we mnie. Dlaczego wbrew? Ano... To już tak jest - że jeśli szczęście i fascynacja wybuchną od razu, to wszystko zwieje wiatr, szczególnie jesienią... A ja odnoszę wrażenie, że powiało, i to mocno. Cóż, nie mnie jest oceniać, nie mnie jest snuć domysły, nie mnie jest płakać. Żyję dalej i staram się, by żyć godnie. Troszkę mnie to ciężkiej pracy kosztuje, ale przynajmniej nadrabiam spore ostatnio straty i deficyty, jakie się pojawiły w moim terminarzu w stosunku do Przyjaciół... To tylko taka przenośnia, bo czas dla przyjaciół to ja znajdę zawsze, a terminarze mnie nie obligują aż tak bardzo. Tym niemniej zaniedbałem ich lekko i muszę to naprawić. A w ogóle to dzisiaj świeci sobie mocno słonko - i od razu sobie o słonku pomyślałem... Czytałem dziś Jego notkę, nie wiem, o co w niej chodzi, nie rozumiem i raczej na razie nie chcę rozumieć. Dlatego pozdrawiam, przesyłem Słonku calusy i życzę powrotu do zdrowia. Reszta powróci albo i nie - w końcu jak statek ma dziurę, to nie zatonie, jeśli załoga się postara i coś z tą dziurą zrobi... No chyba że dziura jest wielka. A tu na razie nie można niczego powiedzieć jeszcze. Bo dziura jest głęboko. To po pierwsze. A po drugie jest młoda, nowa, i jeszcze nikt nie zauważył jej obecności. Mam nadzieję, że zrozumiale to napisalem, bo ja sam się już zamieszałem. W każdym razie buziaki przesylam, pędzę dalej do obowiązków. Muszę sobie odpocząć od nety przynajmniej tydzień. A jutro na popoludniu.... Jak ja to przeżyję?? Bawić się miałem w ten piątek i nici z zabawy.... Nie no... Dobrych dni, kochani. I duża buźka. - Andrea. Tylko i aż Andrea.

Komentuj(0)


godz: 12:05 data: 2005.09.18
Słoneczna niedziela, dusza moja w słonku... Dziękuję Słońce

Witam. Właśnie Słońce puścił mi sygnałek niedawno, dzięki czemu obudziłem się - nareszcie o przyzwoitej porzę pozwalającej na odpoczynek :) Wczorajsze urodzinki minęły mi wyjątkowo miło, tylko że - jak zawsze ostatnio - zaszokowałem się... Jak to jest, że połowa towarzystwa na imprezach tak strasznie się kurwi?? Wiem, brzydkiego słowa użyłem, ale nie wiem, jak to inaczej nazwać... Strasznie mi się to nie podoba... Ale nieważne. Poszaleliśmy sobie z kumplami, szalone fotki znowu powstały... :P A mi jednak smutno było, bo ze Słonkiem nawet nie porozmawialiśmy na gg... Ale za to dziś już znowu sobie klikamy, Słonko obiadek je, i jest ślicznie. Co prawda Słonko dziś pracuje, potem ma spotkanko, ale o 23.00 widzimy się znowu na gadu. A jutro mamy cały dzionek:* No, prawie pewnie, ale Słonko wolne ma:) Z czego się bardzo cieszę. Baaaardzo jestem zmęczony, ale tak sobie pomyślałem, że własnie dodam notkę ;) Tym bardziej, że w moim życiu zrobilo się słonecznie dzięki Słonku:) :*:*:* I to jest szalone, to fakt. I piękne - tak tęsknić za oczyma i osobowością... Na takie rzeczy nie ma odpowiedzi... To po prostu jest, dzieje się:) I jest piękne. Buziaki dla Was, a dla Słonka największe. Udanej pracy!!! :*:*:*:*:*:*:* - Andrea.

Komentuj(1)


godz: 00:07 data: 2005.09.16
Helooouuu Słonko, Helloouuu Wszyscy:)

Oj, męczący dzień... Ale miły. Rano - gg z Grzesiem :*, a w międzyczasie mnóstwo gości:). Potem praca... Ciężko, ale wciąż mnie utrzymywała w siłach i działaniu jedna myśl - że 23.00 tuż, tuż, zbliży się szybko. A tu mała niespodzianka nastąpiła, bo mnie kumpel podwiózł i już o 22.30 byłem w domku, a Słonko też już był ;* I tak sobie klikamy, ja jestem okropnie zmęczony, ale klikam i tak - w końcu Słońce to jest też słonko w moim życiu ostatnio:*. Miałem nie dodać notki, ale bym sobie nie wybaczył chyba, gdybym nie dodał. Obiecałem rano więc musi być :* Nie wiem, kiedy ja znajdę czas na pisanie książki... :( Praca, praca, praca... Straszne. A to tak niewiele jak na razie. Chyba faktycznie po miesiącu szukam czegoś innego. Albo wrócę tam, gdzie byłem ;P. Ale na razie jeszcze żyję, Słonko koło mnie - w każej notce, w każdej rozmowie, w każdej mojej myśli... Co to się dzieje, to ja nie wiem... Zakochać się w samych oczach?? To fakt - tak można. Ja się zakochałem... W tych ognisto-czerowono-słoneczno-piwnych oczach. :) Buziaki - duże dla Słonka, i normalne takie - dla wszystkich:) Dobrych dni życzę. Spokojnych i mało pracowitych... Hihihi. - Andrea Cherry.

Komentuj(2)


godz: 10:36 data: 2005.09.14
Słoneczny początek dnia :****

Dzień szalony. Miałem wstać o 7.00, a byłem tylko z psem i poszedłem spać. No ale obudził mnie Grzesio sygnałkiem, i dobrze, bo jeszcze bym do pracy zaspał. :P:P:P Tak więc kolejny dzień rozpocząłem kolejnym uśmiechem, i to na dodatek kolejnym słonecznym :] Ponadto... Cóż, ja sam nie wiem, jak to jest, ale chyba przyjaźnie tworzą się czasami same od siebie... Bo takiego eska, jak dziś w nocy, nie pisałem nikomu chyba od trzech lat.... :| Naprawdę:D:D:D No ale tym milej, że jest ktoś, komu mogę takiego esemeska wysłać... Naprawdę :) Fakt faktem, z planów siedzenia do 3.00 w nocy na neciku nic nie wyszło, no ale dzięki temu raczej jestem wyspany, a i Ty Grześ pewnie też?? :>... Ogólnie to jest cieplutko, słonko świeci, a ja jestem pozytywnie nastrojony do świata, życia, ludzi, a przede wszystkim cieszy mnie, że znam kogoś takiego... Pewnego człowieka... Kórego oczy są krwiście-czerwono-słonecznie-piwne :) A poza tym byłem wczoraj u Misia, na sympatycznej kawce, no i wiele z tego powodu miałem radości, bo jeszcze z pieskiem byliśmy na spacerku i dużo sobie porozmawialiśmy ;) Nawet bardzo dużo. A ja stwierdzić muszę, że Misia oczy to jest coś, co mi teraz wystarcza. Moje życie się zmienia, moje myśli są burzą... A poza Misiem nowe oczy tkwią w mojej głowie... Od tak sobie? Nie.... Podarowane w prezencie. Co mnie jeszcze bardziej cieszy:) Pozdrawiam Wszystkich, Grzesia w szczególności. Dobrych chwil. Słonecznych. - Andrea.

Komentuj(2)


godz: 17:02 data: 2005.09.13
Witam szczęśliwego 13-go :P

Pierwsze co - to mam pracę. Drugie co - to mam strasznie mało czasu dla Misia... Trzecie co - chyba oszaleję... Mam jakiś taki dziwny stan, w sumie to miło się czuję, co prawda strach z nową pracą jest, no ale być może poradzę sobie... W końcu - jak mi to mówią - zdolny ze mnie człowieczek. A że praca jest fizyczna?? Ja lubię. Dam sobie radę. Cieszę się ogólnie. No i mam maleńkie zobowiązania, które musiał będę koniecznie zrealizować. Smutno mi tylko, bo jeszcze nie dostałem laptopa, ale pod koniec miesiąca sprawa się wyjaśni. A w sumie to okazyjna cena i całkiem dobry sprzęcik. Ostatnio jakoś mi dni mijają pod dobrym znakiem i pod uśmiechem, dziwnie to brzmi może, ale tak jest. 90 % słonka to Grześ... Tak, tak, Grzegorz, nie myśl, że nie... Niewielu jest ludzi takich jak Ty, niewielu takich w ogóle można w necie spotkać :]. Każda z Tobą rozmowa i każda Twoja notka to nowy uśmiech na mojej twarzy. I naprawdę cieszę się, że wtedy, kiedy czytałem Twojego bloga, pozostałem przy nim. W sumie to się musiałem go dosyć długo naszukać z powrotem, bo trafiłem na stary blog i miałem restart. No ale udało mi się, z czego bardzo się cieszę ;) Pozdrawiam wszystkich, jutro w nocy - o ile będe miał siłę - dam znać, co i jak, i czy się tam aby nie zabiłem w tej pracy. Słonka życzę i dużo dobrego - Andrea :***

Komentuj(1)


godz: 22:28 data: 2005.09.11
Jestem :(

Wróciłem z Warszawy... Chory... Ale jakoś dam radę. Pierwsze co to wszedłem na bloga od Grzesia... I mi się smutno zrobiło... NIe dlatego, Gześ, że masz ochotę wyjechać z Polski. Ale dlatego, że dotarło do mnie, jak marny brak przyszłości nas tu czeka. To nie jest tak, że do końca sami możemy decydować o wielu rzeczach. To nie jest tak, że tylko my odpowiadamy za siebie. Ktoś powyżej rządzi tym, co się tu dzieje. Jak dla mnie należałoby wyrzucić w cholerę tych starych pieprzonych politykosów i zastąpić ich młodymi, mądrymi i pełnymi chęci ludźmi. Może byłoby lepiej?? A co do bycia z kimś czy perspektywy samotności - ja tego też się boję. Bardzo. Zdawało mi się, że złapałem za rogi całe możliwe szczęście, ale co tam - to szczęście tylko jest koło mnie, stoi sobie obok, gotowe w każdej chwili odejść w swoją stronę. To nie jest miła perspektywa, wcale. Bo związki hetero, nawet jeśli nie są udane, nie skazują ludzi na samotność po latach. A z homo związkami jest tak, że jeśli nie znajdzie się kogoś na całe życie, to można się pożegnać z ciepłą i miłą starością... Hetero nie mają takich kłopotów - mogą się rozwieść po iluś tam latach, ale są przecież ich dzieci, wnuki, nie ma mowy o samotności... Ech, tym dziwniejsze wydaje mi się kombinowanie w związkach homo i ścieranie się aż do iskier na poziomie różnicy poglądów czy innych błahych problemów - po co?? Jeśli dwoje ludzi decyduje się być ze sobą, to czy liczy się coś ponad to?? Mamy za mało czasu i możliwości, żeby tracić energię i czas na złe chwile i kłótnie, kiedy wtedy tracimy te dobre, które mogłyby wtedy się wydarzyć wzamian... Ja?? Osobiście?? OSOBIŚCIE JESTM CHOLERNIE SAMOTNY, nawet pomimo posiadania mojego Misia, choć pewnie bycie moje z moim Misiem to takie samo bycie, Grześ, jak Twoje z Kalikiem. Wyjście awraryjne, ale nic ponad to. Przyjaźń, cudowna recepta na potrzeby danej chwili... Ale co z przyszłością?? Ja kochałem raz w życiu nieprzytomnie, raz w życiu byłem w pełni szczęśliwy tak naprawdę, ale życie zabrało mi to szczęście szybko, boleśnie i bezpowrotnie. I jestem sam od siedmiu lat, i jakoś nie jestem w stanie tego zmienić. A przecież cudownie byłoby móc powiedzieć, że skoro nie mogę z kimś być, i to jest możliwe, to równie dobrze MÓGŁBYM Z KIMŚ BYĆ bo to też powinno być możliwe... Oj... A co do pracy i wyjazdów za granicę... Ja generalnie nie lubię hip hopu, ale jeden skrawek z tej twórczości chodzi mi po glowie - "To jest moje miejsce, bo kocham to miejsce". To fakt. Ja Polskę kocham, kocham moje miasto, kocham moje miejsce na ziemi i nie wyobrażam sobie życie gdzie indziej, z dala od przyjaciół czy moich fascynacji czy z dala od mojej rodziny. Dlatego nie poddam się bez walki. Wiem, że obecną pracę mogę już niedlugo stracić, bo są cięcia, redukcje i zmiana kadry, bo przenoszą placówkę. Wiem, że w mojej sytuacji ciężko im znaleźć pracę w ogóle. Ale staram się jak mogę, kończę pisać powieść, jeśli uda mi się ją wydać, to będę walczył nadal w tej dziedzinie. Naprawdę nie poddam się bez walki. I będę chciał przeżyć moje życie wyłącznie godnie i z dobrocią dla innych. Mnie nie kręcą dalekie kraje i perspektywa bycia obcym dla innych z powodu dobrej pracy. Kocham być tu i teraz, pomimo że tak mi ciężko, choć może się to tak nie wydaje. Wiem, mam szczęście - może jestem samotny, ale dzięki przyjaciołom jakich posiadam nie jestem OSAMOTNIONY, a to najważniejsze. Ale boję się tego osamotnienia, że może ono nadejść. Więc sporo pracy przede mną. Jejku... Rozpisałem się i na dodatek jakoś tak zdołowałem... I poraz kolejny trudno mi w ogóle być, trwać. Ale dam radę. Dla siebie. Dla Was. Dla każdego. Pozdrawiam i miłych dni życzę. Dziękuję Ci Grześ za komentarz kolejny. Wszystko to, co mi przeznaczasz i co piszesz do mnie sprawia, że coraz więcej w moim życiu uśmiechu. Dobrze jest mieć kogoś, kto nas rozumie, kto samą obecnością i słowami doda nam otuchy i sprawi, że ten kolejny dzień rozpocząć możemy z uśmiechem i nadzieją. Dziękuje Ci raz jeszcze - Dobrych dni, minut, chwil. Andrea.

Komentuj(2)


godz: 14:07 data: 2005.09.10
MMMMMMMMM Sobota :)

No właśnie :) Sobota. Najlepsze w tej sobocie jest to, że nie jest wolna, bo mam służbowy wyjazd do Warszawy, na dodatek w dniu zupełnie nie nadającym się do tego wyjazdu... Ale przeżyję to jakoś. Wczorajszy dzień z misiem był cudowny, aczkolwiek od wczorajszej nocy wiem już na czym stoję i wiem, że ta przyjaźń to może być tylko przyjaźń, nic więcej. Być może to ulegnie kiedyś zmianie, ale tak czy inaczej - za dużo mi ta przyjaźń daje szczęścia sama w sobie, żebym się miał załamywać z tego powodu. I całkiem możliwe, że jako przyjaciele - tylko i aż przyjaciele - więcej sobie damy, niż jakbyśmy tworzyli pełnoprawny związek... Jest cudownie, jest wyjątkowo i jest tak, jak chciałbym, żeby było. I to mi wystarcza. Sama Jego obecność koło mnie. Pozdrówka dla Grzesia - na pewno się kiedyś zobaczymy, na którejkolwiek imprezie i w jakimkolwiek miejscu. Czas jest względny i bezwzględny zarazem, tak więc pewnie nawet przygotuje nam jakąś niespodziankę. A jeśli nie, to sami coś zaplanujemy :) Pozdrawiam ciepło, życzę udanych dni, Ja wracam pewnie w poniedziałek rano... Ech, życie, praca, obowiązki, wyjazdy.... A ja chciałbym jedną noc ciszy... - Andrea

Komentuj(1)


godz: 13:33 data: 2005.09.8
Jestem po nocnym dużurze, jestem zmęczony, brak mi Miiiiissiiiiiiaaaaaaaaaaaaaaaa :(

A dzień dobry. Kurczę, wiecie co?? Wstałem o 12.05, mimo, iż położyłem się o 9.20 rano... I mimo że noc była wyjątkowo ciężka. No ale tak to już jest - czasami trafia się nawet taka noc... Co mi osobiście nie przeszkadza, lubię pracę i związane z nią wyzwania, jednak ... ale... tym niemniej... NO WŁAŚNIE - z powodu dzisiejszej nocnej pracy nie mogłem widzieć się z Misiem... Owszem, po powrocie z pracy, jeszcze o 6.58 zawisnąłem na parapecie okna Mojego Misia i osobiście Misia obudziłem (bo Miś na parterze mieszka, łóżeczko ma przy okienku, a za okienkiem mały ogródek, będący stałym powodem do stałej zazdrości 47 innych rodzin zamieszkujących Misia blok... :D:D:D). Tym sposobem jeszcze zanim Miś do szkoły poszedł, zjedliśmy śniadanko, a ja zdążyłem pobrudzić nowe spodnie podczas wskakiwania oknem do Misia pokoju. No - poranek był śliczny, nie to, co noc... Chociaż moja tęsknota i tak tu nic nie znaczyła prawie, bo to Miś w końcu słał esy, życząc udanej pracy, bezpiecznej pracy, informując mnie, że tęskni i pytając, czy ja też... :):):):):):) Po powrocie do domku wskoczyłem jeszcze na necika, skomentowałem Grzesia ostatnią notkę (krótka, fakt, ale wielomówiąca) no i znalazłem oczywiście komentarz Grzesia u mnie. Bardzo dziękuję :) :* NIe tylko za komentarz ale i za rozmowę wczorajszą na gg :] ====---->>>>No a tak ponadto to jak zawsze pochłonął i rozbawił mnie blog Krystyny Jandy - przezabawne historie dziś w spominała, jakie dane jej było przeżyć z Januszem Gajosem. A dziś na Jej blogu znalazłem takie oto cudo:""" Wiem, że panuje takie przekonanie - jeśli ktoś myśli i mówi pozytywnie, optymistycznie, prosto, konstruktywnie, jest przez otoczenie odbierany jak głupek, delkiatnie mówiąc.""" - Bardzo mi się to stwierdzenie podoba, ma w sobie wiele prawdy, nie uważacie?? :) POzdrawiam ciepło, życzę dobrego i udanego dnia, no i oczywiście dobrych chwil wewnętrznych. Papa :*

Komentuj(1)


godz: 10:51 data: 2005.09.7
The Sun commings up - I think about You, The coffee cup - I think about You.... :)

Czuję się jak w piosence Lizy - "Loosing My Mind"... Dokładnie... On jest cały w moich myślach, ale jest w nich tak subtelnie, że aż to jest niesamowite... Nigdy tak nie czułem, nigdy nie przypuszczałem, że TAKA miłość może mnie odwiedzić ponownie... Czy w zasadzie - po raz pierwszy w życiu, bo tamte zamierzchłe miłości w połowie nawet nie przypominały tej obecnej... Może to fakt? Może warto czekać na tę jedyną i największą miłość?? Nie wiem... Wczoraj było tak pięknie jak przedwczoraj... A nawet jeszcze piękniej... To szaleństwo czyste, w czystej postaci, darowane mi przez los nie wiedzieć czemu... On jest ode mnie młodszy, nawet sporo, a troszczy się o mnie bardziej niż ja o Niego... Wciąż mi robi jedzonko, wciąż się obawia, czy aby głodny nie jestem... Wczoraj wysłał mnie podczas wieczornego spaceru na trawkę z pieskiem, a sam w tajemnicy, żebym nie widział, kupił papierosy, które wręczył mi w chwili, kiedy moje się skończyły... TO JEST SZALONEEEEE... Na dodatek w pełni zasłużone:) Kiedy już do domku wracałem, to się okazało, że zimno jest, no więc zostałem ubrany w kurtkę od Misia... Osobiście mnie ubrał, ten mój Miś... Ja wiem, że nawet nie powinienem pisać o Nim Miś, ale Miś to też określenie słodkich i wyjątkowych osób, a więc chyba jestem rozgrzeszony... W każdym jednak razie - przyznać muszę, że po prostu jestem szczęśliwy. To, co wydarzyło się od końca kwietnia, czyli od kiedy się znamy... Wszystko to powoduje, że jestem innym ludkiem. Że potrafię się śmiać, że potrafię być sobą, i w końcu - że potrafię dawać znowu innym dużo od siebie. W sumie to ostatnio nic innego nie pragnę, jak tylko tego, żeby Misiowi było dobrze, żeby był szczęśliwy i spokojny. No i Jemu też zależy na tym, żeby mnie było tak samo, jak Jemu... Jak na razie jeszcze się ślizgam. I to mocno. Ale jak złapię rytm i będę wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, to dam znać. ---------------------------------------------------------------------> Co do dzisiaj... Tak jeszcze... ------------------>MIałem świetną rozmowę na gg z Tomkiem, humor przez to wskoczył mi bardzo bardzo bardzo wysoko:) Byłem też na zakupach, i specjalnie przeglądałem wszystko co możlwie, bo z Misiem wczoraj kurtki nowej szukaliśmy dla Misia, no i jak tylko uda nam się znaleźć coś ładnego, to kupujemy. Więc dziś byłem bardzo szczegółowy, jeśli chodzi o kurtki, ale nie znalazłem nic godnego uwagi, niestety... Ponadto odwiedził mnie Adrian, nawet pomimo choroby, ale coś tam musiał z tatą podziałać, więc znalazł czas na małą herbatkę (aż dziwne, że nie na kawę :P)... Do tego kilkoro przyjaciół mnie odwiedziło, a ja po telefonie o 20.50 zniknąłem dla tego świata, bo zjawiłem się u Misia... Gdzie zatopiliśmy się w grach, jedzonku i dobrym samopoczuciu... No ale Miś do szkoły ma na rano, więc tym razem już o 23.20 zniknąłem, spacerując sobie jeszcze po osiedlu i roznosząc radość jak na razie gwiazdom... Bo ludziom, tym, którzy mnie otaczają, w większej mierze nie wato przekazywać swojej radości... Są wyjątki, owszem :) Dlatego pozdrawiam Marcina (Sheakespeare-Sisters'a), Szaraka, no i oczywiście, i przede wszystkim, i najszczególniej, i najsympatyczniej, i przede wszystkim za wszystko - Grzesia. Twoje komentarze... Hmmm :) Pisałem to już, prawda?? One są... Jakby to określić... Jasnymi punkcikami w szarości dnia, Kompasem między bezkierunkowymi skałami nocy, są wyraźnym uśmiechem na mojej buźce, kiedy wchodzę na bloga, widzę odnośnik: "komentarzy: 1" i wiem, że to Ty... Pozdrawiam ciepło, bardzo ciepło. I życzę dużo, dużo, dużo powodzenia w Twoich uczuciach. Wiesz, w końcu i miłość, i uczucia, są jak sinusoida - jeśi teraz masz troszkę lodowaty okres, to już niedługo ogień i słonko na nowo zagoszczą w Twoim dniu codziennym. Pozdrawiam wszystkich raz jeszcze, bądźcie dla siebie mili, bo życie tak jest krótkie, że nie warto tracić czasu na jakiekolwiek negatywne działania czy uczucia. Dobrego dnia!! - Andrea.

Komentuj(1)


godz: 20:09 data: 2005.09.6
Słonko... Słonecznie... W Słonku... I ze Słońcem

Ja już do wczorajszego dnia nie wracam. Było ślicznie i to się liczy najbardziej. Może to z tej radości, a może po prostu od tak sobie, przespałem mnóstwo czasu i wstałem dziś dokładnie o 11.11 :P. Pełen jakiejś takiej energii dziwnej przygotowałem materiały na zajęcia, antyk oczywiście... No a o 16.00 miałem telefonik od Miśka, no i wybraliśmy się na dłuugi spacer. Przy okazji dużo sobie porozmawialiśmy, a może nie przy okazji, a przede wszystkim... Kurczę, On mnie stale zaskakuje, tym, jak myśli, jak ubiera wszystko w słowa... To, jak gestykuluje, jak patrzy... Jejku... Ja się naprawdę zakochałem w Nim w sensie dosłownym... W każdym sensie... W każdym calu... To jest szalone. I piękne... Wiesz, Grześ... Może i masz rację... Ale ja jeszcze nie powiem... Jeszcze poczekam... Już tak mam... Goście u mnie są, nawet spora ilość, więc opuszczam bloga - ale tylko na razie. Jeszcze dam znać :* Pozdrawiam. I życzę takiej radości, jak moja:* - Andrea.

Komentuj(1)


godz: 00:35 data: 2005.09.6
Szaleństwo rośnie z każdą minutą. Ale miłe to szaleństwo...

Szalony dzień. Pięny dzień... Znowu wspólne jedzenie, znowu radość.... Kilka niezwykłych niespodzianek... To jest wszystko tak piękne i niesamowite, że ja nie wierzę... I to z kimś, kto w ogóle nie powinien tak robić... A może Grzesiek masz rację?? Może On nie jest hetero?? Ja już sam nie wiem, co myśleć mam... I nie myślę, żyję chwilą. Każdą, jaka mi jest dana, jaka nas otacza. A co do komentarzy, Grzesio - każdy Twój powoduje, że się uśmiecham. Bo naprawdę czuję, że mamy podobne myślenie i spojrzenie na wszystko, pewnie dlatego, że podobnego coś przeżyliśmy dawno tam, kiedyś... Dziś krótko będzie, zmęczony jestem. Jutro wrócę do tego pięknego poniedziałku, bardziej szczegółowo. Pozdrawiam, życzę dobrych chwil - Andrea.

Komentuj(1)


godz: 18:47 data: 2005.09.3
Dzień nie jak co dzień :P

To wprost szalone... Ile On dla mnie znaczy... To jest normalnie jak unoszenie się w chmurach za każdym razem, kiedy mogę się z Nim widzieć... Może dlatego tak Go kocham?? Zresztą - kocham Go za wszystko. Za Jego istnienie w ogóle, za Jego oddech, za zapach Jego, za każdy uśmiech, za dźwięk Jego głosu... Wystarczy mi, że jest przy mnie, że mogę czuć Jego obecność. Że możemy robić coś razem - cokolwiek, byleby tylko razem. Jego istnienie jest mi bezgranicznie potrzebne do mojego własnego życia, i On dobrze o tym wie, choć nie wie, że jest mi potrzebny aż na tak wysokim poziomie... Kiedyś się dowie, na pewno się kiedyś dowie, kim dla mnie jest. Powiem Mu o wszystkim. Na razie nie mam odwagi. Na razie boję się o tę Przyjaźń... Nie, żeby ona była krucha, ta przyjaźń, bo ona jest wielka i niewygasła. Ale tak to już jest ze mną... Mi nie przychodzi zbyt łatwo mówienie o sobie... Dzisiaj mieliśmy wspólny obiadek, przy kawce wykonaliśmy kawał dobrej roboty dla mojej mamy, teraz już Go nie ma, ale jeszcze się widzieć będziemy... Czy ktokolwiek jest w stanie pojąć, co ja czuję?? Jak wiele?? Ile radości przepływa przeze mnie każdego dnia i każdej nocy?? To jest wprost cudowne, a ja nawet nie znam słów, którymi bym mógł to opisać... Pewnie dlatego cały dzień dzisiaj słucham sobie Celine Dion i Barbry Streissand - "Tell Him"... To fakt... I sceared... A co będzie dalej?? Tak jak w piosence. Wszystko jest w moim sercu i w mojej głowie. Reszta się nie liczy. Tym, którzy mnie odwiedzają, dziękuję za poświęcenie mi czasu. I jeszcze raz duże podziękowania dla Grzesia - kiedy tak się nad tym zastanowiłem, to doszedłem do wniosku, że naprawdę bardzo mi dzisiaj pomógł Twój komentarz. Dziękuję :) Żyjcie dobrze, rozsiewajcie własne promyki radości. Dobrego popołudnia - Andrea.

Komentuj(2)


godz: 12:19 data: 2005.09.3
pozdrowionkaaaaaaa :)

Tak, tak... Pozdrowionka wielkie i milusie dla Grzesia - miło mi, że odwiedziłeś mojego Bloga. Ja Twojego odwiedzam właściwie od kilku dni cały czas, i nawet jeśli nie ma nic nowego, czytam archiwum albo bloga starego :) U mnie kurczę szalenie jest, wczoraj miałem po prostu zakręcony wieczór, dlatego na kompie mnie nie było aż do pierwszej w nocy a potem padłem i usnałem :P No ale jak tu w ogóle myśleć o kompie, kiedy się jest w towarzystwie kogoś, kogo się kocha do nieprzytomności, kiedy można sobie razem wkładać kawior do ust i łososia, kiedy można karmić się lodami, kiedy można wychwytywać radość z oczu tej kochanej osoby, kiedy daje się jej prezent bez okazji... Śliczny prezent :) A najciekawsze jest to, że ta osoba wcale nie jest branżowa, raczej się za kobietami rozgląda i jest jednym z największych moich przyjaciół (mam ich trzech, wszyscy na miejscu pierwszym). Na dodatek wczoraj miałem okazję spotkać się z kilkoma wyjątkowymi i bardzo przeze mnie lubianymi osobami, choć przyznaję - to wieczór był cudowny i niesamowity. Nie wiem, jak to jest, ale mieć przyjaciela hetero, w każdym calu doskonałego, na dodatek rozumiejącego mnie i w pełni dla mnie oddanego... to jest moje największe i najcudowniejsze szczęście... On może się i domyśla co i jak jest ze mną... MOże... NIe wiem. Ale na pewno nie domyśla się, że Go kocham... Właściwie to - mimo takiego bólu częstego i samotności - ja i tak jestem szczęśliwy. Bo przecież znamy się, kochamy jako przyjaciele i na poziomie przyjaźni, znaczymy dla siebie mnóstwo, nasze wspólne są i sen i życie... I tylko On nie wiem kim ja jestem (choć może się domyśla... nieważne) no i nie wie, że jest moją ogromną potężną i bardzo wiele mi dającą miłością... |_|_|_|_| --> Ale odkryłem coś niesamowitego... Że to, co mamy razem, co sobie stworzyliśmy i na co tą naszą przyjaźnią zasłużyliśmy, całkowicie mi ostatnio wystarcza. To, że mogę Go przytulić (co jest tym ciekawsze, że mam świadomość, że On jest hetero i owo tulenie czynione jest w Jego przypadku wyłącznie z powodu miłości do przyjaciela), to, że możemy się karmić razem, to że nawet o drugiej w nocy możemy przyjść do siebie, w okno zapukać, kawki się napić czy na spacer iść... Już samo to mi wystarcza i jest dla mnie radością ogromną... Ja nawet ani razu nie pomyślałem o nas w kategorii seksualnej... Jejku, nie zaprzeczam, On ma śliczne ciało, kuse - jak ja to określam, ślicznie opalone, genialnie wysportowane, ma sympatyczne, najukochańsze na świecie piegi (niewiele, ale dodają mu wyjatkowego smaku), ma śliczny nie za duży nosek, piękne, równie i nie za duże zęby, no i oczy - te Jego oczy!!!!!!!! Przepięknie piwne, ocienione gęstymi, czarnymi rzęsami, na dodatek to oczy - monolity, zupełnie pozbawione struktury tęczówki, tak, jakby ktoś zalał je po prostu śliczną, ognistoczerwoną farbą... Tonę w tych oczach za każdym razem, kiedy się widzimy, czyli kilka razy dziennie... NO A PRZEDE WSZYSTKIM JEGO ZAPACH!!!!!!!! Ja w całym swoim życiu nie spotkałem faceta, który by tak pachniał, którego ta dziwna aura, która nakazuje wciąż unosić się troszkę jakby nad ziemią, byłaby tak silna... Chemia?? Feromony?? Ja nie wiem, ale nie interesuje mnie to... Każdy Jego drobiazg zebrany w calość jest dla mnie szczęściem, odkrywaniem samego siebie i każdego dnia na nowo. Że nie jesteśmy razem i możemy nawet nigdy nie być jako związek?? To nieważne. Być może lepiej nam jako przyjaciołom. I być może prędzej zrobimy coś szalonego jako Ci przyjaciele niż jako dwoje ludzi w związku... Pozdrawiam Was ciepło:) I życzę dobrego dnia. No i oczywiście - Pozdrawiam Szaraka, Shaekspeare Sisters'a no i oczywiście Grzesia - Twój komentarz sprawił, że dzisiejszy dzień rozpoczął się słonecznie nie tylko za oknem, ale i w moim wnętrzu. Duża buźka - Andrea.

Komentuj(1)


godz: 18:30 data: 2005.09.1
Dzień dobry:P

A nie mówiłem, że słonko działa cuda?? Śliczna kawka ze ślicznym kumplem... Wolnym, ale niestety nie dla mnie :P Tym niemniej słodko było, dawno zresztą sobie tak nie pogadaliśmy jak dziś. Ja utopiłem się w porządkach na kompie, no ale w sumie to nie jest tak źle... Znalazłem miliony zagubionych rzeczy... I kto mi powie że 220 GB to luksus?? Toż umrzeć można od razu :( No ale w sumie wyczyściłem wszystko maxymalnie, archiwum na płyty poszło i jest ok:) Cóż, miałem co prawda skorzytać ze słońca, no ale kosztem mojej ślicznej skóry mam porządki w zerach i jedynkach :P A skórę naprawi solarek:) Zresztą, znając życie, nie samotny:P... Z moją wielką i niezmienną miłością dzisiaj się jeszcze nie widziałem, ale wierzę, że się uda:) To znaczy, rano chwilkę ze sobą rozmawialiśmy, ale to nie to samo co spacerek z pieskiem albo wspólne patrzenie na filmik albo obiadek na mieście:)... Więc wydaje mi się, że powinienem ruszyć tyłek i podziałać tak, żebyśmy się spotkali... Ciekawe czy kiedyś Mu powiem... Czy dowie się, co do Niego czuję, nawet mimo faktu, że wszystko na to wskazuje, iż On jednak woli kobiety... Nie wiem. To trudna decyzja jest... I myślę, że jeszcze parę lat minie, zanim do niej dojrzeję... Do tej decyzji... Biegnę teraz na mały relaks - będe sobie czytał "Księcia Przypływów" Pata Conroy'a. Gorąco polecam... Pewnie znacie film z Barbrą Streissand... Też śliczny, ale książka lepsza:) Swoją drogą - nie wiem jakie jest Wasze zdanie, ale ja uważam Barbrę za jedną z najśliczniejszych kobiet w historii... Ma w sobie coś niesamowitego - i jak śpiewa, i jak gra... W ogóle jest niesamowita. Pozdrawiam. I życzę słodkiego dnia. Buźki:) - Andrea.

Komentuj(2)


godz: 02:45 data: 2005.08.31
Jejku jej!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zbliża się trzecia w nocy, ja buszuję od bloga do bloga, no i oczy mi spuchły już... Ale jakoś jeszcze dnia (ani nocy) zakończyć nie mam ochoty. Zrobiłem dziś zakupy w towarzystwie kumpla - jednego z moich najlepszych i tych najbardziej ulubionych. Czysta przyjemność - i dla umysłu i dla oka:). Kupiłem, co chciałem, jestem ubrany w nowe ciuchy i szczęśliwy jak po każdych zakupach. Co ciekawe - jakoś tak samo od siebie się stało, że mi się styl ubioru zmienił... na bardziej gejowski. Hihihi... Teraz to lubię obcisłe dżinsy, co by tyłka kawałek było widać, obcisłe koszulki, króciutkie kurteczki, maleńkie buciki... Może to niezbyt dobrze jest napisać "bardziej gejowski:", no bo co niby znaczy gejowski styl? Nic w sumie, bo taki sam, jak u hetero... Tym niemniej czuję się wyśmienicie, a o to w końcu chodzi:). Reszta dnia równie szalona, poprzez rozmowę z Przyjacielem i podnoszenie Go na duchu w sprawach sercowych z Jego (niedoszłą jeszcze) kobietą doszedłem do wieczorka, spotkania z dobrymi znajomymi i wspólnej kawy o pierwszej w nocy z jendym z nich (całkiem niezobowiązująca to była kawa, bo ów dobry znajomy to też hetero, co prawda bardziej otrzaskany ze sprawami "trafionymi", jednakże wciąż - i pewnie już na zawsze - kobiety lubiącym). A potem - i aż do teraz - pozostał mi net i blogi, blogi, blogi... Przebieram w nich, bo szukam wartościowych linków. Kilka już mam, teraz tylko pora na zapytanie właścicieli o zgodę na umieszczenie - tak, tak, bo taką już mam zasadę... Do tego kilka wspomnień się wdarło, znienacka tak, ale wydaje mi się, że to też dobrze. Lubię sobie powspominać. Pewnie dlatego bezustannie puszczam dziś Lizę Minnelli... I na dodatek prawie cały czas "Loosing My Mind"... Kocham ten tekst. Jest po prostu szczerą prawdą o uczuciu. I gorąco wszystkim polecam. Jak się już dogrzebię do dna blogowego świata, to postaram się wyjść na zewnątrz i dam znać. A na razie papa Wszystkim. Dobrej nocy i jeszcze bardziej dobrego dnia... --> Andrea.

Komentuj(0)


godz: 23:55 data: 2005.08.29
A jednak jeszcze dziś, jeszcze raz ja:)

Właściwie miałem iść spać, no ale skoro nowy blog ruszył... Nie wypada go tak zostawiać :). Szczególnie, że jednak dzień ogólnie się udał:) A to za sprawą pewnej wyjątkowej osoby... Tak, tak, tej osoby, w której jestem zakochany beznadziejnie i beznadziejnie bez wzajemności. Ale jak dla mnie to po prostu ideał faceta jest, po prostu najcudowniejsza istota, jaką udało mi się spotkać. Tym jest to dla mnie trudniejsze, że ta istota mnie zna, my się znamy, i każde moje do Niego uczucie to równocześnie radość i cierpienie. Może się to komuś wydać dziwne, ale pomimo tego cierpienia i tak jestem szczęśliwy - bo znamy się, bardzo lubimy i bardzo wiele dla siebie znaczymy. Ból rodzi się jedynie w prawdzie, na którą niestety nie mogę sobie pozwolić... To zresztą jest mój zasadniczy problem - bo nie mogę sobie pozwolić w wielu przypadkach na powiedzenie o sobie prawdy. To niby jest bardzo proste - powiedzieć prawdę i już. A jednak... W moim przypadku, w przypadku geja, prawda to zbyt drogi luksus. I kiedy kogoś poznaję, to przecież nie mówię: Witam, gej jestem... A kiedy dana znajomość się rozwinie do poziomu, że tak się wyrażę, wysokiego, to wtedy rodzi się właśnie ten zasadniczy problem - kiedy, i czy w ogóle, zdradzić prawdę... Nie powiem, mam takich przyjaciół, którzy wiedzą o mnie i znają mnie z każdej strony. Ale wiele jest osób, którym nie mogę o sobie powiedzieć. I to mnie boli - bardzo. Zresztą w naszym cudownym kraju to nie jest nic dziwnego, że się nie mówi o sobie... Kiedy bogobojne staruszki ruszyłyby na mnie z modlitewnikami i laskami, żeby mnie zabić od razu, wstrętnego antychrysta... A przecież miłość nie reguluje się płcią, tylko uczuciem - przynajmniej miłość prawdziwa! I jeszcze jak słyszę teksty w stylu: "niech sobie gej robi co chce, ale nie na moich oczach" to już mnie to rozbija kompletnie. Czy ludzie uważają, że jak się jest gejem, to się chodzi po ulicach i sex uprawia?? Parodia... A przy tym normalni hetero gorszą małe dzieci, calując się po ulicach i dotykając, kiedy te małe dzieci nie wiedzą jeszcze co to sex... Śmieszne jest dla mnie takie podejście wielu osób. Gej to też tylko człowiek, a każdy człowiek, szanujący się oczywiście człowiek, wie, że na sex miejsce jest odpowiednie i czas również odpowiedni... Oj, nie nudzę już w tym temacie, ale akurat mi to na sercu dosyć mocno leży ostatnio... Szczególnie, że moja wielka i cudowna miłość była dzisiaj tak niesamowicie ponętna, znowu tak na mnie wyjątkowo zadziałała, że już po prostu umieram ze smutku... I w radości trzyma mnie jedna i jedyna osoba, która wie o mnie wszystko i której zaufam zawsze... Nie zdradzę jej imienia, przynajmniej na razie. Pozdrawiam Was, życzę jeszcze raz udanej nocy. I pięknego poranka jutro:) - Andrea.

Komentuj(0)


godz: 21:15 data: 2005.08.29
Witam:)

Długo mnie do tego namawiano. A ja długo się broniłem. Ale doszedłem do wniosku, że w końcu mogę pisać drugiego bloga, no i w końcu mogę prowadzić tego akurat bloga całkowicie bez tajemnic. Pierwsze co to chcę napisać, że jestem gejem, no i standardowo proszę, jeśli komuś to przeszkadza - proszę zmienić oglądanego bloga lub sobie w ogóle opuścić tę stronkę. Osobiście uważam, że każdy ma prawo do swojej wolności i do życia takiego, jakie mu akurat odpowiada, więc skoro ja to szanuję, innych proszę o to samo...

Wiem, że wypada na początek napisać coś o sobie, jednak ja zupełnie nie wiem, co powinienem Wam o sobie powiedzieć... Naprawdę. I chyba niewiele napiszę, w końcu - jeśli ktokolwiek będzie tutaj sobie zaglądał - i tak pozna mnie w miarę upływu czasu i w miarę pojawiania się kolejnych notek. Bo znając siebie i tak będę wrzucał w te notki wszystko to, co kocham, co mnie w życiu cieszy, co smuci, no i oczywiście nie zapomnę o tym, co się na bieżąco dzieje :)

Jeszcze tylko dzień dzisiejszy... W sumie smutny dzień, bo wieńczący cały szereg smutnych dni, a tym się różniący od tych innych, że właśnie dzisiaj nastąpiło apogeum uświadomienia sobie, że większość moich przyjaciół wcale nimi nie jest, tymi przyjaciółmi. Może to tylko wpływ złego humoru, ale naprawdę tak uważam, a co gorsza - wszelkie rzeczy, jakie się wydarzyły, zdają się potwierdzać moją smutną teorię. Zatopię się więc pewnie dzisiaj w muzyce i kawie, i tak przetrwam noc, biegając od bloga do bloga i od strony do strony. Może inni ludzie innego są zdania, ale ja uważam, że internet to jest ósmy cud świata, stworzony dla samotnych... Nie obchodzi mnie, czy mam rację, bo tak JA uważam i tylko to się dla mnie jak na razie liczy. W kolejnej notce przedstawię Wam moich PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ, tych, których niewiele koło mnie zostało. I podzielę się z Wami moimi fascynacjami w dziedzinie filmu, muzyki i literatury. Choć może nie tylko... Udanego wieczoru Wam życzę i jeszcze bardziej udanej nocy. Pozdrawiam - Andrea :)

Komentuj(1)