Dokładnie. jestem. I żyję. proszę sie nie martwić:) wracam niebawem. buźka dla Was :) na pocieszenie - wciąż jestem sam :) ale tylko wewnętrznie :) buziaki. Andrea. :) Pozdrówka dla Paskudy i Marginalnego. Dajcie znać, że żyjecie :) Jakoś tego potrzebuję. Znak najmniejszy :)
Wiem, jak zawsze zbyt szybko emocje biorą u mnie górę nad rozsądkiem a nawet nad pewną granicą właściwą tym, którzy sami siebie szanują. Ale nic mnie to nie interesuje za bardzo.
Wiem, świat jednak jest sobie nadal, i istnieje obok mnie, jakby przez taflę szlifowanego szkła oglądany, niby niezmieniony, lecz w swych kształtach rozmyty lub zbyt nienaturalnie ostry…
Wiem, tak już jest, że po depresji nastaje czas rozgrzeszeń i radości, tak, jak po deszczu – nieważne jak długim – prędzej czy później słońce wyjść musi. Wewnętrzne macki mojej czarnej strony duszy powolutku przestają się kurczowo czepiać wszystkiego, co kiedyś było kolorowe, i same kolory znowu zaczynają oglądać światło dzienne. Nie twierdzę, że jest wszystko ok. Nie mogę jeszcze zbyt wiele twierdzić. Szczególnie, że przeżyłem ostatnio głęboki szok…
Wiem, są oczy na tym świecie, w których kolorze i kształcie można się zakochać od pierwszego wejrzenia… Co innego, kiedy się okazuje, że najpierw się pokochało i przestudiowało dogłębnie cudzą duszę, nawet nie mając z nią styczności… Taki jest ponadczasowy i pozawerbalny wymiar Internetu – i czy się to komuś podoba, czy nie, to tacy jesteśmy tym Internetem ukształtowani już… Nic za darmo, za wszystko tak czy inaczej musimy płacić, nawet jeśliby to była najdelikatniejsza fascynacja słowem… I chyba doszedłem do punktu bardzo niebezpiecznego…
Wiem, można kochać słowa, które ktoś tworzy. Można kochać cudze myśli i spojrzenie na rzeczywistość. Wreszcie – można utonąć w cudzych oczach, w ich głębi i kolorycie… A co dalej?
To też wiem. Dalej nic być nie musi. Świat jest zbyt zły, a życie zbyt krótkie, by odmawiać sobie przyjemności takich uczuć. I cierpkiego smaku fascynacji – cierpkiego, lecz z drugiej strony cudownego i orzeźwiającego.
Wiem… Wszystko jest kwestią odpowiedniego podania i umiejętności prezentacji… Reszta to już tylko niezrozumiały bełkot. Taki, który nie zrobi na nikim wrażenia…
I to też wiem. Jestem. A mogłoby mnie nie być. I chyba za to jestem wdzięczny tym, którzy jeszcze w jakimś tam stopniu interesują się moją osobą.
Pozdrawiam. Andrea. Dobrych dni życzę.
Zakochałem się w Twoich OCZACH....
Naprawdę...
Brak mi spokoju...
:( :( :( :( :( :(
Zamyślam się ostatnio nad wszystkim. Mam taki okres, że idę ulicą, patrzę w twarz spotkanym ludziom, myślę, kojarzę, filtruję gdzieś głęboko w sobie uczucia i wrażenia… Tęsknię… Kocham… Mam wyrzuty sumienia… Czyjeś oczy we mnie żyją, prowadzą mnie przez sny i każdą myśl… Trudno mi pojąć, że jestem sam, trudno mi uwierzyć w to, że tak można… Wszystko jest trudne, z drugiej strony… Z jeszcze innej strony, ani mówienie prawdy, ani kłamstwo nie mają wartości – człowiek pozostaje tak samo samotny… Ciężko i trudno i smutno i w ogóle… W ogóle to jakoś… Sam nie wiem… Nie mam już w sobie tego, co kiedyś – naiwnej nadziei… Brak mi samego siebie… Już nie czekam… Już nie chcę… Smutek mnie toczy… ogromny…
Naprawdę, najlepszą rzeczą, jaką stworzył Bóg, jest nowy dzień…
Tylko jak ja się w ten nowy dzień zachowam?? Jeszcze nie wiem… Trudno mi… Naprawdę jest mi strasznie trudno… Mało z kim mogę o tym porozmawiać, mało kto jest w stanie mnie zrozumieć… Mało kto… Trafiłem na zbyt ciężki okres… Nie chcę się pogodzić z tym, że kogoś tracę, kiedy jednak to jest zbyt oczywiste… Nie umiem zrozumieć, że ktoś nie jest taki, jakbym chciał, żeby był… I nie wiem, jak zniosę to, że ktoś – kogo kocham – jest kimś innym zupełnie… Jak trudno wyrwać z siebie miłość… Jak trudno być…
Pozdrawiam. Andrea…
Jak to nazwać?? Jak się odnieść do tego?? Brak mi słów… :D
Zostałem dziś zabrany na „spacer”, a to oznacza, że pojechaliśmy w pewne cudowne miejsce, gdzie widok przepiękny się rozpościera, na piknik w sumie, choć na dachu wieżowca trudno nazywać jedzenie piknikiem… Dachownik zamiast piknik? Być może. Nie jest to jednak ważne, bo ważni byliśmy my :). I to co się działo po jedzeniu.
Mieliście kiedyś wrażenie, że topicie się w szczęśliwości? Że brak Wam powietrza wręcz, że każdy oddech jest przyjmowany wespół ze szczęściem, które jakoś dusi sam oddech? Bo ja tak właśnie mam…
-Popatrz, samolot. Nawet duży. – Miś mówi.
-Co ty masz z tą wielkością? – to ja.
-Nic. Lubię.
-Samoloty czy wielkość?
-Jedno z Tobą, jedno też.
-Aha. Czyli jedno i drugie?
-Aha…
Chyba za to go kocham. I za wszystko inne. Za uśmiech i za płacz, za dotyk i za jego brak, kiedy go nie ma. Za oddech na mojej twarzy, nie zamienialny na nic innego. Za dźwięk jego głosu. I za szept tego głosu w nocy do słuchawki. Za muzykę, którą mi przynosi tonami, choć twierdzi, że to ja mu ją tonami znoszę :P. Za sms-y, w których tyle jest ciepła, pożądania i radości. Nawet moja choroba mnie tak nie męczy, kiedy wiem, że on jest. Nawet mój ból jest słabszy – bo wiem, że jest to nasz wspólny ból, razem dzielony, więc nie boli tak bardzo.
Pozdrawiam Was słonecznie. Duża buźka. I dobrych dni Wam życzę.
Andrea.
Dlaczego kocham weekendy??
- Bo czasu mamy wiele. Dla siebie.
- Bo słońce jeszcze świeci. I ciepło jest.
- Bo kiedy nie trzeba rezerwować czasu na zajęcia przyziemne i codzienne, możemy mieć siebie i własne sprawy i na dodatek możemy wykręcić się sianem od innych, że niby na rodzinnym obiedzie jesteśmy… I niby tak jest w rzeczywistości, dla nas pojęcie „rodzina” jest dość plastyczne, co więcej, definicję ma prostą i nie przesadzoną.
- Bo kiedy już śpimy wtuleni w siebie, to nie boję się, że to szybko minie, bo przecież w niedzielę można i tak wstać nawet o 13.00, wcześniej patrząc się sobie w oczy, pijąc kawkę pierwszą czy jedząc marchewki i chrupiąc sobie.
- Bo weekendy to najczęściej opcja wyjazdowa dla rodziców / rodzeństwa, przez co nasz czas jest faktycznie nasz i miejsce nawet jest, by ten czas spędzać w stopniu najwyżej zajętym i najwyżej sam na sam liczonym.
- Bo jeśli się uczyć, to dopiero w niedzielę wieczorem, i tak Mishiek da radę i się nauczy, a ten krótki skądinąd mecz i tak niewiele czasu zajmuje, a co więcej – i tak mogę być, patrzeć, krzyczeć sobie nawet i całym sobą z Mishkiem być :).
- Bo, jakby na to nie spojrzeć, weekendy są po prostu cool. Co mi się podoba strasznie i nic tego nie zmieni.
Nadmienię, że wczoraj wybraliśmy się na tak zwane – i dość popularne – kebaby. Pani pyta, czy z ostrym sosem… Nauczeni podejściem polskiej gastronomii do słowa „ostry” poprosiliśmy o ostre sosy…
…Nie ma jak ognisty pocałunek, kiedy język drętwy i oczy pełne łez :D. Ech, kebaby ;p
Rozmowy nocą:
Miś: pająk się spuszcza.
Ja: kto się spuszcza?
Miś: no… pająk. Się spuszcza.
Ja: Dobrze, że nie jest taki duży jak Ty…
Miś: Za to oczu ma większą ilość.
Ja: Wolę Twoje jedno duże niż jego wiele dużo…
Pominąwszy, że i tak nie cierpię pająków, a ten powyższy został niestety uśmiercony w połowie drogi między sufitem a moją draceną.
To by było na tyle, z racji tego, że niedziela nijak nie może zostać zmarnowana, szczególnie kiedy takie słońce za oknem. Spadam na spacer. Buźka. – Andrea.
Jest mi strasznie i przeraźliwie zimno, i gdyby nie Misiek, to bym chyba zmarł z zimna... No ale Arturek jak nikt inny potrafi mnie ogrzać, rozgrzać i sprawić, że moje stopy nie przypominają kawałków lodu :).
Mam kilka ważnych spraw do zrobienia, do skończenia, do realizacji. Zasadniczo to nie jestem pewien, czy mi się uda... Ale teraz nie działam sam :). Co budzi nie tylko radość, ale też i głęboką nadzieję oraz świadomość tego, że dwie dusze i dwa umysły działają w jednym kierunku, podwajając szanse na wygraną.
Ostatnio w ogóle Arturek mnie zaskakuje... Zadzwonił do mnie na przykład dwa dni temu o trzeciej w nocy, z informacją, że stoi pod moim oknem, i żebym wyszedł. Poprosiłem o pięć minut, no bo raczej musiałem się ubrać. Po piętnastu minutach spaceru znaleźliśmy się w lesie, a przez te piętnaście minut niczego mi nie chciał Misiek wyjaśnić... No i się okazało już w końcu w tym lesie... O co chodziło. To już było widać wokoło - wszędzie latały sobie świetliki, cicho tnąc powietrze swoimi ciałkami. Dla mnie było to podwójnie piękne, bo przecież o tym, że bardzo lubię świetliki, że mi się podobają tak samoistnie i że po prostu mam do nich wielki sentyment, mówiłem Arturkowi gdzieś w połowie kwietnia, i to tylko raz, i to tylko mimochodem...
Przyznam się również, że coraz więcej siebie oddajemy sobie :). A ja poznaję jego smaki i zapachy od tej intymnej, bardzo bliskiej strony - podobnie jak on sam poznaje mnie coraz bliżej. Wygląda to inaczej, niż w moich marzeniach i wobrażeniach, inaczej niż sobie to kiedyś układałem i reżyserowałem... Ale za to wygląda to piękniej, niżbym kiedykolwiek przypuszczał i jest tego o wiele więcej, niżbym kiedykolwiek liczył...
W zasadzie wszystko dzieje się za sprawą - czy raczej dzięki temu, a nie za sprawą, ale to nieważne, poza tym moment... Bo zamieszałem...
Chodzi o to, że całość naszego postrzegania i lawinę ruszającą nasz związek do przodu stanowił jeden mały niepozorny, przez przypadek (naprawdę przez przypadek) umówiony spacer. My się teraz śmiejemy z tego przypadku :). No ale zasadniczo jest tak, że się śmiejemy z miłych przypadków :). I dobrze :)
Dziś mamy małą imprezę, najpierw w gronie przyjaciół, później zmykamy na małe sam na sam... Małe i długie... Las i świetliki może będą znowu, ale muszę wygrzebać z szafy moją ciepłą kurteczkę ze srebrnym liskiem, bo naprawdę jest bardzo bardzo zimno.
Pozdrawiam Wszystkich i buziaki przesyłam i dobrych dni życzę :)
Andrea.